Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 marca 2017

Zapowiedź -Naznaczony - Gargoyle -Mark Lanegan

Fot. materiały prasowe

Zmęczenie niepewnością przyszłości w niektórych sprawach, krótkimi dniami, zimą i tęsknotą za słońcem sprawia, że nic mi się nie chce. Zima jest zła. Zima burzy. Zima jest okrutna. Zima nie chce odejść i ciągnie się aż za długo. Śnieg i mróz powinien być jeden tydzień w całym roku, tylko po to, aby dopełnić panujący klimat świąt. Przez resztę dni niech świeci słońce i ładuje ciało energią. Bez słońca zdycham ja i rośliny. Napiszę szczerze – NIE CHCE MI SIĘ PISAĆ COKOLOWIEK.

Opowiem historię o tym, jak to pewien zespół mógł być, ale nie powstał. Mógł być… Skończyło się na próbach i graniu Leadbelly’ego. Tak musiało się stać, kiedy spotykają się dwie legendy obdarzone wzajemnym szacunkiem. Jedna żywa, choć grobowa w swoim stylu bycia. Druga od 23 lat martwa lecz do dzisiaj spogląda na nas z plakatów i koszulek, zupełnie jak Jezusek wiszący na krzyżu w każdym pomieszczeniu i przy każdej drodze. Mark Lanegan i Kurt Cobain skrzyknęli się, żeby sobie razem założyć zespół, jednak nic z tego nie wypaliło. Nie było komu frontmenować i napędzać projektu. Jeden i drugi nie mieli śmiałości narzucać wzajemnie swoich wizji. Stanęło na tym, że Cobain śpiewa na jednej z płyt Lanegana.

W moim umyśle Lanegan jest naznaczony tą historią. Zawsze w wyobraźni tworzę projekcje ze spotkań tych dwóch panów, ale tylko przy muzyce tego żyjącego.  Tak samo rzecz się ma, kiedy słucham Nocturne i Beehive. Single zwiastują kolejny album Lanegana -  Gargoyle, zaplanowany na 28 kwietnia.
Wydawnictwo zapowiada się bardzo ciekawie nie tylko przez pryzmat udostępnionych  utworów. To co bardzo lubię, to kolaborujący ze sobą muzycy. Mark Lanegan zaprosił obrotnego Josha Homme’a
  (Lanegan, Iggy Pop, Lady Gaga…  Kiedy  kolej na QOTSA?!), Grega Duli (Afghan Whigs) i Duka Garwooda (polecam w szczególności ostatnia płytę Garden of Ashes).
Przyznam, że nie byłem rozentuzjowany na wieść o premierze nowej płyty. Wszystko przez Phantom Radio i Blues Funeral. Nie podeszły mi one w ogóle. Wymazałem je ze świadomości. Dziś odkrywam je na nowo razem z Nocturne i Beehive. Myślę sobie: Koleś tworzy z wyprzedzeniem. Usprawiedliwiam w ten sposób swoją głupotę i niedojrzałość. Czuję, że właśnie dojrzałem zrzucając skórę naiwnego ortodoksa, że The Winding Sheet to ta jedyna. Porzuciłem nostalgiczne smutki ku pamięci Screaming Trees. Lanegan zmienił coś we mnie. Sprawił, że przyszłość wcale nie maluje się tak strasznie (przynajmniej ta muzyczna). W Nocturne i Beehive słychać wpływy z przeszłości. Brudne gitary wyjęte z grungowej przeszłości, krautowe pejzaże mieszają się z nerwowością i odprężającą przestrzennością. Taki koktajl emocji bardzo pozytywnie nastraja na przyszłość.
Czekając na gargulca poznaję od nowa Marka Lanegana!  



środa, 18 stycznia 2017

Złota kolaboracja punka i dj'a



Danger Mouse, czego się nie dotknie zamienia w złoto. Pomaga artystom tym z najwyższej półki, produkując albumy niezwykłe i zarazem takie, o których w mediach kipi od informacji na ich temat. Przykładem jest ostatni album Red Hot Chili Peppers, albo hitowe El Camino duetu Black Keys. Tym razem producent - didżej połączył siły z Iggym Popem i kompozytorem muzyki filmowej Danielem Pembertonem, dla którego jest to pierwszy, tak poważny angaż w hollywoodzkiej produkcji. Jego kompozycje stanowiły oprawę muzyczną w grach komputerowych, serialach i dobrze przyjętym filmie szpiegowskim Kryptonim U.N.C.L.E..

Trzech muzyków, z różnych środowisk, połączyła jedna piosenka. Właściwie, nagranie tego utworu.
Gold, to tytułowy utwór zapowiadanego filmu, o tym samym tytule. Singiel promujący film/ścieżkę dźwiękową, charakteryzuje elegancja i romantyczność, jaka tkwi w głosie Iggy'iego. Tych cech nie powstydziłby się sam Leonard Cohen. Wokalista znany ze swojej energii, pokazał pazur w końcowej części utworu, gdzie z zadziorem w głosie frazuje ostatnie liniki tekstu. Muzyka cechuje nienachalność i cygańska estetytka, przenosząca w duszną i gęstą atmosferę pustynnych przestrzeni albo dżungli. Warto podkreślić, że piosenka Gold zdobyła nominacje do zdobycia Złotego Globu.



Ten kto oglądał serial Detektyw produkcji HBO może odnieść mylne wrażenie, że ta piosenka była tłem do tego serialu. Jedynym łącznikiem jest Matthew McConaughey. Aktor tym razem wcielił się w role bankrutującego biznesmena, desperacko poszukującego „żyły złota”, dzięki której odbiłby się od dna. Postanawia więc wyruszyć w podróż po Indonezji razem z podróżnikiem by odnaleźć skarb. Misja okazuje się sukcesem i grany przez McConaughey’a, Kenny Wells staje się wielkim graczem na Wall Street. Bohater jednak musi zmierzyć się z politykami i instytucjami rządowymi chcącymi odebrać znalezione złoto. Film wydaje się być interesujący, ze względu na fakt, że Gold zainspirowany został prawdziwymi wydarzeniami. Polska premiera filmu zapowiedziana jest na 10 marca 2017 roku.

piątek, 6 stycznia 2017

Łuny i zwiastuny



Pierwsze dni nowego roku moją przestrzeń  wypełniają single. Zwiastuny płyt. Płyt zespołów, od których mimowolnie się odciąłem, a w przeszłości zespoły te odcisnęły na mnie ogromne piętno. Pokazały nowy wymiar muzyki. Odkryłem nowy świat brzmień i tego co można z muzyką robić i mam przeczucie, że tegoroczne płyty sprawią, że na nowo odkrywam muzykę, świat.



Wypełnia mnie wcześniej mi znane z czasów beztroski poczucie, że najbliższe miesiące zwiastują coś pozytywnego. Ciężko powiedzieć co, ale niech tylko przyjdzie wiosna, a dni staną się dłuższe. Wtedy obrazy, które kreowane są w głowie przez  On Hold i Say Something and Loveing - The xx zostaną dopełnione długimi dniami albo upragnionym zapachem wiosny. Już przy mroźnych wieczorach rozpływam się pod wpływem uroczego charakteru The xx. Widząc i słysząc tych zdolnych muzyków atakuje mnie aura niewinności jaką emanują oraz radości z tego co robią. Przyjemnie się tego słucha i chwała im za to, że potrafią, jak mało kto przekazać tak pozytywne emocje. Nowy album nazwano I See You i  można go szukać od 13 stycznia. Single zapowiadające nowe wydawnictwo kwartetu w żaden sposób nie tworzą zestawu nudnych powtórzeń, a jedynym nawiązaniem do poprzednich utworów jest delikatność oblana transowymi i momentami mocnymi uderzeniami.  Odnoszę wrażenie, że I see You muzycznie bardziej nawiązuje do solowej płyty Jamiego xx, co wydaje się być naturalną koleją rzeczy. Świetnie przyjęta płyta zdolnego producenta na pewno pozwoliła bardziej rozwinąć skrzydła i konsekwentnie czuwać nad nowym dziełem.



Jeżeli wspomnianego 13 stycznia będzie mało wrażeń warto podwoić sobie dawkę świetnych muzycznych premier odzianych w poruszającą elektronikę. Modlę się by tego dnia mieć wystarczającą ilość waluty, by nie stanąć przed wyborem typu „jedno albo drugie”. Dodatkowa porcja czegoś co pomoże odsunąć się od rzeczywistości  zapewni Bonobo swoją płytą Migration .
Części tej smakowitej porcji muzyki można spróbować dzięki Kerala i Break Apart – singlom promującym nadchodzący album. Dźwięki deszczu Seattle czy d windy z Honk Kongu nagrane samplerem,  osadzone w muzycznej tradycji nadają tajemniczego i intrygującego charakteru twórczości.



Jak co roku zdarzają się wielkie powroty, przeważnie nazwane powrotami po to, by premiera płyty urosła do światowego, mega ważnego wydarzenia. „Ten” powrót jest cichy i bez zamieszania. Być może dlatego, że świat korzennej alternatywy odcina się od tego typu zabiegów. „Ten” powrót jest według mnie prawdziwym powrotem, ponieważ od wydania ostatniej płyty The Jesus and Mary Chain upłynęła znaczna część mojego życia. Poszedłem do szkoły, przeżyłem pierwsze zauroczenia, miłości, były lamenty i odmęty, studia, układanie życia i pogoń za wszystkim czego i tak nie mam. Odcinanie się od teraźniejszości muzyczną przeszłością. Teraz żyję przyszłością marząc o obudzeniu się 24 marca  i posłuchaniu Damage and Joy. Nowa płyta szkotów przerywa prawie dwudziestoletnią absencje w publikowaniu nowych kompozycji. Nowy singiel - Amputation jest nawiązaniem do tego co najlepsze w muzyce i to na czym budowano hiciory w latach 90 –tych. Proste melodyjne riffy, wzbogacone o pulsujący bas pokazują jak należy przemycać gitarową, brudną alternatywę czy jak kto woli shoegaze do dzisiejszej estetyki zdominowanej przez gładkość i czystość. Co najważniejsze nie ma sztampy- jest szalony kalsycyzm.



Zacznę od tematu ostatniej płyty Red Hot Chili Peppers, dobrej, momentami nawet bardzo a wszystko dzięki rozwijaniu skrzydeł przez gitarzystę - Josh’a. The Gataway  wyprodukował Danger Mouse i jego podpisem na tym krążku jest nawet najmniej istotny fakt, że każdy utwór rozpoczyna beat perkusji. Chwała chłopakom za to, że uciekli od świetnego Ricka Rubina, a pomysł tej ucieczki przypisuję Joshowi. Gitarzysta RHCP i producent DM przyjaźnią się, więc jest to normalna kolej rzeczy, że to on odpowiada za ostatnią płytę muzyków. 
Dlaczego zaczynam od Red Hotów? Bo mimo, że są to dinozaury ja otwarcie przyznaję, że się nimi jaram. Jaram za sprawą gitarzystów tworzących ten zespół. Wszyscy zaliczani są do grona najlepszych na świecie a zwłaszcza JF, którego moim zdaniem godnie zastępuje Klinghofer. 
Zwracam szczególną uwagę na obecnego wiosłującego w RHCP z uwagi na jego macierzysty zespół. Dot Hacker zasługuje na szczególną uwagę ze względu na eksperymentalne brzmienie całej twórczości. Rozciągające leniwie i marzycielsko wokale, stanowiące przeciwieństwo do psychodelicznego, połamanego rytmu, hipnotyzują swoją transowością. Czyściutkie brzmienie gitary, kłóci się z oldschoolowym, nieco pierdzącym brzmieniem syntezatorów i basu. Twórczość Dot Hacker może wydawać się źle dopasowanymi elementami, ale kiedy bardziej wgryziemy się w ich muzykę nagle odkrywamy nowy ląd, nową formę. Klinghofer i spółka mają na koncie już dwie płyty – trzecia jest zapowiedziana na 20 stycznia. Zwiastunem jest C Section – najnowszy utwór grupy promujący album Nᵒ3. Opublikowany niedawno  singiel to nic innego jak typowy alternatywny kawałek. Przez sześć i pół minuty doświadczamy esencji pschodeli odznaczającej się mocno tym razem w głosie Josha, a atonalne pętle gitar wrzucają nas w wir czegoś niewytłumaczalnego ale przyjemnego. Jak sam określił w tweedzie, śpiewa dziwnym głosem a płyta miała mieć charakter bardziej smutny. Jest to obiecująca zapowiedź i czekam z niecierpliwością, ze względu na ważność tego zespołu dla mnie. Dot Hacker rozszerzyło mi pole widzenia na muzykę.





Dla równowagi staram się słuchać rzeczy lekkich i ciężkich, prostych i skomplikowanych, bogatych aranżacyjnie i tych, gdzie jest mniej ale konkretniej. Utwór, który mam na myśli wydaje się być czymś prostym i lekkim. Nic bardziej mylnego. Lekkie czyste brzmienie smyków, fortepian i esencjonalny głos niosą ze sobą potężny ładunek emocjonalny. Prostota jest tutaj złudzeniem. Wystarczy się wsłuchać w to, jak wokalistka operuje swoim głosem. W dodatku z pozoru minimalistyczny aranż jest na tyle bogaty, że ciągle odkrywa się interesujące dźwięki. Mam szczerą nadzieję, że Rooting For You to coś więcej niż tylko zaakcentowanie swojej obecności przez London Grammar, i że pojawi się coś więcej, równie niespodziewanie i równie genialne.  



poniedziałek, 2 stycznia 2017

Lamentowe podsumowanie

LAMENTOWE PODSUMOWANIE ROKU




Piątka odpowiadająca za doświadczenia najbardziej wryte w psychikę, choć nie koniecznie uchodzą za jedyne Top 5 tego roku. Na horyzoncie wielkie nadzieje i radości, smutki i przykrości. Płyt wydanych w zeszłym roku, takich, do których będzie się wracało całe życie na szczęście pojawiło się sporo.   




Chyba trzeba trochę zwolnić i nabrać dystansu. Jako dzisiejszy dwudziestoparolatek po studiach, dających w naszej rzeczywistości materialnie nic, jestem wykończony zdobywaniem wszystkiego i niemocą zmiany tego, co jest poukładane. To wielkie nic, dające poczucie beznadziejności, zagubienia się w świecie i porażenia kulturowego jakiego doznałem wkraczając w dorosłość. Ten porządek zrobili rodzice i dziadkowie, którzy mieli co zmieniać i jak. Mam na myśli nie tylko swoich, ale wszystkich rodziców – dzisiejszych 40 –sto, 50 –cio i 60 – cio latków. Jestem skazany żyć w tym co wykreowali, aby przeżyć. Stworzyli sobie raj – widzę to. Samochody, satysfakcjonująca praca, dzieci po studiach, dom. Nie mam nic z tego, co oni zaczynali budować w naszym wieku. Tak, już słyszę kpiące głosy wieszczące, że milenialsom w zamian za ich wymyśloną wyjątkowość należy się wymarzona praca, uwaga wszystkich i dobra XXI wieku. Cały zeszły rok doprowadził mnie do totalnej bezradności, wstydu i wołania… Brak pomysłu, na to co dalej. Coraz głośniejszy krzyk z tyłu głowy „Witamy w świecie dorosłych!” przerodziło się w brak ambicji, zanik kreatywności i odtrącenie marzeń. Umysł zaczęła zalewać tęsknota za beztroską i wymazaniem obecnego obrazu świata. Pewnego dnia ból, strach, tęsknota przybierają swój rozmiar do wielkości wszechświata blokując możliwość wyrażenia tego, z czym nie możemy się pogodzić. Zamiast eksplodować stałem się czymś zawieszonym w tym zgiełku. W tym podsumowaniu i akapicie znajdzie się Skeleton Tree. To wystarczy.



Bycie „cool” jest niezwykle trudne. Przeważnie ludźmi zajebistymi są Ci, którzy nie zastanawiają się nad odbieraniem ich przez otoczenie. Robią swoje mając wyjebane, ale z klasą. Tworzą coś, co obecnie nie jest zauważane na ogromną skale, jednak wiadome jest, że to co pokazują, przekazują, kreują przetrwa i przeżyje niejedną młodość niczym w przypadku Roberta Johnsona, który doczekał się chwały 60 lat po zakończeniu swojego krótkiego żywota. Ogłoszono go królem gitary bluesowej. I tak to zwykle po śmierci jest. Ktoś kogoś ogłasza królem czegoś. Są wyjątki i są artyści będący jedną z twarzy ludzkości już za życia. Kimś kogo by się pokazało przybyszowi z innej planety. Osoby, którymi się chwalimy, że lubimy, słuchamy, znamy, są cool nieświadomie.
Takie po prostu są i przyszedł na nich czas. Są zagubione i ciągle poszukują, nadając kierunek zajebistości, bo są w tym szukaniu genialni.
Stwierdzenie, że coś jest cool jest względne. Każdy ma swój ideał, swoją estetykę, swój świat. W moim świecie wiele osób jest cool, są to przeważnie artyści.
Jako, że jest to moje podsumowanie zeszłego roku miano najbardziej cool zdobywa The Kills. Połączenie garażowego brzmienia z elegancką elektroniką daje efekt o jakim może wielu pomarzyć. Pomieszanie dzikości z opanowaniem. Nonszalancji z precyzją. Przeciwieństwa połączone w spójny twór, dając przepis na odświeżenie muzyki, gdzie gitara gra pierwsze skrzypce. Jeżeli miałbym powiedzieć jako dziennikarz muzyczny w jakim kierunku powinien iść powiedzmy rock (brzmi to sztampowo) to właśnie ten, który obrało The Kills na Ash & Ice. Alison i Jamie są ucieleśnieniem klasy, szaleństwa i zajebistości. Nie ma nikogo bardziej cool niż oni.  




Często myślę o śmierci. Powody do szczęścia mam, po prostu cierpię na ból istnienia. To jest uczucie w rodzaju niepogodzenia się z zasadami panującymi w życiu, jednocześnie poddając się tym zasadom, ponieważ będąc nonkonformistą według własnego uznania nie przeżyłbym chyba dnia. Czarna gwiazda. Potulny, jak baranek brnę więc w to bawienie się w życie, bo wyjścia chyba nie mam. Są Ci których kocham i nie chcę stracić… To ważniejsze… Pomaga muzyka… Sztuka… Tworzenie i pisanie, do którego często się zmuszam przez „weltszmerc”. Czuję, że stanie się tu kameralnie i intymnie a ja obnażę się przed Tobą. Moją pierwszą intymną myślą, której się wstydzę, to myśl o swojej śmierci. Stworzenia z niej czegoś więcej niż tylko śmierci. Stworzenia historii o treści równej a nawet lepszej niż życie. Znaczy nie! Już się nie wstydzę! Ktoś kto umarł w tym roku, uświadomił mi, że każdy, gdyby tylko miał możliwość, zaplanowałby swoją śmierć i całą otoczkę towarzyszącą odejściu z tego świata. Nawet wybranie ulubionej piosenki na pogrzebie, ubrań czy pisanie listu pożegnalnego to planowanie śmierci. Bowie za życia zmieniał świat z każdą płytą. Z tą ostatnią pokazał, że w sposób artystyczny można z godnością się z nią pogodzić. Pogodzić nie oznacza w tym kontekście przegrać, być słabym. Pogodzić czyli spojrzeć jej w oczy i żyć z nią. Podać jej rękę i przedstawić się, tak jak to zrobił Bowie. Powiedział: „Cześć, jestem David Bowie. Moja śmierć będzie moją sztuką, nie twoją.”. Zdecydowanie Blackstar to nie płyta zeszłego roku. Ta płyta będzie ważna do końca świata, nie tylko ze względu na geniusz artystyczny naszego kosmity ale na jej wymowę i jak wiele warstw ma, jak dużo jeszcze jest do odkrycia w niej. W tych słowach, w tej muzyce. Jak słucham Blackstar to mam wrażenie, że właśnie tam kryje się tajemnica życia, śmierci i wszechświata. Jak gdyby Bowie znał odpowiedź na pytania czysto egzystencjonalne.



Często sobie powtarzałem, że starość to stawanie się niedołężnym i robienie z siebie karykatury zwłaszcza jeżeli chodzi o gwiazdy muzyki. Ikony muzyki rozrywkowej nadające kurs muzyce, obyczajom i takim ludziom jak ja, powinny umierać młodo, nie starzeć się, a jak już, to usuwać się w cień. Dla nas młodych starość jest mało atrakcyjna. Kpimy z dziadów czujących się na dwudziestkę w towarzystwie dziewczyn szczupłych, z długimi nogami, ogólnie super ładnymi. Dziewczyny lubią dojrzałych facetów. Tacy są starzy. Młody dojrzały jest nudny… Mimo to i tak do pewnego momentu bałem się starości i tych głupich zachowań starych, kreujących się na witalnych i nienadgryzionych przez ząb czasu nadludzi. Okej, wiem ze sceny ciężko zejść, nawet jak nie ma się nic do powiedzenia a kasa się kończy, bo trzeba utrzymać dzieci ze swoich piętnastu małżeństw itd. Ledwo stoją, ale grać grają, to samo co dwadzieścia lat temu a nawet pięćdziesiąt. Chyba rozwodziłem się o tej starości już rok temu więc do rzeczy. Iggy Pop, facet dogadał się z trójką zdolnych młodych i czujących klimat. Wiedzieli jak wydobyć z Iggiego to co starość przykryła. Mam wrażenie, że Pop nagrywając PPD przeżył drugą młodość a starość niekoniecznie musi wyglądać karykaturalnie. Można być naprawdę spoko zajebistym jak Iggy, zaakceptować starość, zmarszczki i fakt, że ludzi obrzydzasz występując bez koszulki a następnie dobrać muzyków, którzy są nadzieją muzyki gitarowej naszych czasów i nagrać coś co się może równać z najlepszą płytą legendą. Kiedy go słyszę na tej płycie to nie chce być jak Homme – młody, zdolny tylko stary, z podwójną młodością i zajebistą aurą którą młodość nie zastąpi. Ta płyta czyni mnie odważniejszym przed obliczem czasu, bo wiem jaki chce być na starość.



Zeszły rok był naprawdę pokręcony. Albo zacząłem się bardziej interesować, albo informacje skuteczniej przebijają się przez mur mojej ignorancji. Sytuacja w Europie, na bliskim wschodzie staje się dla mnie niezrozumiała. Konflikty powstające w imię miłości, wiary, pokoju i jedności niosą ze sobą niezliczone ilości niepotrzebnych ofiar. Idee, które tak naprawdę zaprzeczają temu co się dzieje rozpalają wszystkie niesprawiedliwości społeczne i to przez nie mamy obraz ludzi uciekających przed wojną, biedą, chowających się w swoich domach, nie czujących się bezpiecznie, tam gdzie przeżyli do tej pory swoje życie. Wszystkie działania w imię religii, pokoju i dobrobytu obywateli walczących państw prowokują mnie do wyjałowionych pytań. Leżę z słuchawkami na uszach patrząc w sufit i wyobrażam sobie, że na ulicę wybiegają żołnierze, terroryści czy cokolwiek. Nagle dom, twoja ulica, miasto, kraj nie jest taki bezpieczny jak by się wydawał. Dezorientacja, niepokój, troska o życie Twoje i bliskich upodabniają mnie w tej wizji do cielaka zaganianego do zagrody. Przerażonego, tęskniącego za matką i bezsilnego wobec swojego oprawcy. Często kreuje sobie takie sytuacje w głowie i zastanawiam się co bym zrobił w obliczu takiego ataku. Nigdy nie jestem w stanie jasno odpowiedzieć co bym zrobił wydaje mi się to takie nierealne… A jednak. Dzieci, kobiety, młodzi mężczyźni i starzy na całym świecie muszą się mierzyć z wojną, niesprawiedliwością społeczną, biedą i głodem coś co trzeba chyba zobaczyć na własne oczy albo samemu przeżyć, żeby zrozumieć, jak wiele się ma mogąc spokojnie wyjść z domu. Tak proste rzeczy zrozumiałem, choć na pewno nie w stu procentach, po wysłuchaniu The Hope Six Demolition. Zaangażowanie Pj Harvey w treść tego albumu, niesie za sobą idee tego, by artysta pisał o tym to co zobaczy, by pisał o prawdzie niczym dziennikarz. Ta płyta jest dla mnie muzycznym reportażem a PJ uwierzę we wszystko. Prawdziwość tej płyty dokonała we mnie wewnętrznej zmiany i choć trochę pokazała mi pewien skrawek świata i rzeczywistości, który dotąd był pomijany właśnie przez moją ignorancje i maniakalny egoizm. Do tego warstwa muzyczna jakiej w życiu nie słyszałem zwala mnie z nóg. Te dęciaki, akcenty wyszarpane niczym z gospel albo bluesa, klaskanie i te chóry…





W tym roku pokładam wielkie nadzieje, specjalnie na tę okazje kupiłem sobie kalendarz książkowy. Niezwykły i piękny, do tego związany z muzyką. Zapisuje w nim plany i postanowienia a te są szczególnie ambitne. Mam nadzieję, że w tym  będę bardziej zdeterminowany. Misja bloga gdzieś się zatraciła. Nikt nie chce czytać chyba wysranych i specjalistycznych recenzji, więc będzie inaczej… Wspomniany kalendarz jest złoty w kościotrupy, wewnątrz czaszki, demony, wielowarstwowe pejzaże rozpościerające się na brodzie prawdopodobnie wikinga. Ozdobiony jest w ilustracje Zbigniewa Bielaka współpracującego z Gohst, Myhem. Ogólnie człowiek ilustrujący black metal i wszystko co jest do tego podobne. Chłop ma niezwykły talent a kalendarz dał mi dużo radości. Ja mam 94 egzemplarz a nakład liczy 500 sztuk więc warto chociaż sprawdzić i się zastanowić nad takim pięknym nabytkiem. 

zbigniewbielak.bigcartel.com

wtorek, 1 listopada 2016

WARPAINT – HEADS UP


Dziewczyny z Warpaint, swoim trzecim albumem potwierdzają fakt, że są zespołem godnym uwagi. Nasuwa się tylko jedno, ale dla artysty ważne pytanie. Czy damski zespół od trzech albumów nagrywa ciągle to samo? Czy melancholijne nieco psychodeliczne i przestrzenne piosenki, wypełnione po brzegi delay’ami czy flangerami,  nie są powtórzeniem?

Warpaint

Kiedy posłuchałem The Fool zakochałem się w glosach dziewczyn, sposobie ich gry oraz w tym, jak operują brzmieniem. W tamtym czasie ta płyta brzmiała rewolucyjnie. Do tego stopnia zwariowałem na punkcie The Fool, że zakochałem się w każdej z osobna członkini Warpaint. Zawód pojawił się w momencie, kiedy Kalifornijki wydały swoją drugą płytę. 
Na wieść o trzecim długograju moja podnieta była równa zeru.

...atakajują trip - hopowe beaty uzbrojone w taneczność.

Serce na nowo mocniej zabiło już przy Whiteout - pierwszym utworze z najnowszego krążka Warpaint. Utwór od pierwszych dźwięków wpisuje się w estetykę The Fool. Od zespołu, który nagrał już trzecią płytę słuchacz pragnie rewolucji. Oczekiwania są poniekąd zaspokojone dzięki takim utworom jak Be your side, The Stall, So Good, gdzie atakajują trip - hopowe beaty uzbrojone w taneczność. Ten pierwszy brzmi, jak kawałek powstały w trakcie sesji do Dummy kultowego Portishead. To właśnie taneczny charakter, przeplatany gitarowymi brzdąknięciami gitar i rasowym pulsującym rytmem kreowanym przez Stellę Mozgawę wybudza uśpioną miłość do twórczości Kalifornijek.

...uzdolniona perkusistka uratowała zespół przed krachem powtarzalności.

Wsłuchując się w Heads up na specjalne wyróżnienie zasługuje perkusistka grupy. Jej połamane beaty w Dre doskonale uzupełniają delikatne aranże pozostałych instrumentów. Gdyby nie pulsujący rytm wprawnej Mozgawy, wszystko na tej płycie byłoby bezpłciowe i mdłe. Przykładem jest Don't wanna, w którym znajdujemy miejsce na wyciszenie, ale dzięki pulsowi nie zasypiamy z nudów. Zaryzykuję stwierdzenie, że to właśnie uzdolniona perkusistka uratowała zespół przed krachem powtarzalności. Tym bardziej należy się jej szacunek, ponieważ artystka w trakcie sesji nagraniowych miała kontuzję nogi, przez co zdana była tylko na dwie pałeczki a resztę bębnów i hi-hatów zastąpione beat maszyną.

...modliłem się, żeby reszta płyty nie była, tak nadziana mainstremem.

Najsłabszym momentem jest Heads up nie wywołujące ani endorfin ani poirytowania. Zwykły utwór, do którego przez lata przyzwyczaiły nas dziewczynyz z Warpaint. Zaraz za tytułowym dziełem znajduje się New song mający charakter radiowego singla na wakacje. Był to pierwszy song opublikowany w ramach promocji nowej płyty i tylko modliłem się, żeby reszta płyty nie była, tak nadziana mainstremem. Moje modlitwy zostały wysłuchane, bo więcej słabych momentów nie znajdziemy. Zaskakują z to akustyczne brzmienia będące trzonem piosenki, jak w przypadku balladowego Today dear i odrywającego od rzeczywistości Don't let go. Jest to, jeden z utworów wprowadzających w odległą rzeczywistość za sprawą właśnie transowej gitary akustycznej rozpostartej na kolażu przesterowanych gitar.   

środa, 28 września 2016

Hołd dla delta blues - Jack White Acoustic Recordings 1998 - 2016




Jeśli ktoś oglądał film It Might Get Loud, na pewno pamięta scenę, kiedy Jack White z kawałka deski, butelki, druta i starej przystawki tworzy instrument. Udowadnia w ten sposób, że potrafi zagrać na byle czym, jednak ta scena jest też manifestem upodobań White’a do surowego i autentycznego brzmienia.
Jack White ze stuletnim Gibsonem L - 1

Jeśli ktoś oczekuje banalnego „The Best Of” z akustycznymi wersjami największych hitów Stripsów, Raconteursów, czy po prostu samego White’a, może spokojnie przestać się podniecać.

Jack White to artysta kompletny. Nie ogląda się na trendy nadając odpowiedni kurs dzisiejszej muzyce. Tradycje muzyczne Ameryki oprawia we własną ramkę wyrabiając sobie, swoje surowe i naturalne brzmienie.
O tym jaką wagę przywiązuje do bluesa możemy przekonać się słuchając najnowszego wydawnictwa muzyka. Acoustic Recodrings 1998 – 2016 to dwupłytowa kompilacja utworów ze wszystkich okresów twórczości artysty. Ułożona chronologicznie tracklista stanowi nieoczywiste podsumowanie kariery muzyka. Jeśli ktoś oczekuje banalnego „The Best Of” z akustycznymi wersjami największych hitów Stripsów, Raconteursów, czy po prostu samego White’a, może spokojnie przestać się podniecać. Owszem, usłyszymy piosenki ze wszystkich wcieleń muzyka, jednak jest to spójny zbiór będący ukłonem w stronę delta blues. Warto wspomnieć też o okładce płyty prezentującej muzyka wraz z Gibsonem L-1
(ponad stuletnim instrumencie) spopularyzowanym przez Roberta Johnsona – legendarnego gitarzystę delta blues. (Dodam od siebie, że życie Johnsona owiane jest intrygującymi legendami. Jedną z nich jest opowieść o zawiązaniu paktu z diabłem, aby zostać muzykiem.)

Wśród 26 kompozycji znalazło się miejsce na premierowe City Lights.  Utwór pochodzi z sesji nagraniowej Get Behind Me Satan. Niepublikowany wcześniej kawałek The White Stripes ma w sobie jakąś uroczą magię, za sprawą prostej i dość monotonnej struktury bardzo przyjemnie się go słucha. Do tego śpiew White’a wciąga w historię. 

Just One Drink, lekko przearanżowane brzmi bardziej surowo a przy tym lepiej niż na Lazaretto.

Pozostałe utwory nie są już nowościami. W przypadku Apple Blossom, I’m Bound To Pack It Up zastosowany został remix, przez który na pierwszym planie umiejscowiona jest gitara akustyczna i wokal.
Kilka piosenek doczekało się nieco innej aranżacji i miksu. Love is the Truth napisane na potrzeby reklamy Coca Coli wzbogacone zostało o pianino. Just One Drink, lekko przearanżowane brzmi bardziej surowo a przy tym lepiej niż na Lazaretto. Z repertuaru Raconteurs zaserwowano bluegrasową wersję Top Yourself i wzbogacone o damski wokal Carolina Drama ze zmienionym miksem.

Czyżby łzy świadczyły o tęsknocie za The White Stripes?

Jednym z głównych plusów tej kompilacji jest fakt, że utwory ze strony B, wydanych kiedyś singli White’a czy Raconterus pojawiły się na Acoustic Recordings 1998 – 2016 stajac się łatwiej dostępnymi, a dla niektórych nowoodkrytymi piosenkami. 

Poniżej polecam posłuchać emocjonalnego występu White'a w programie Jimmiego Fallona. Czyżby łzy świadczyły o tęsknocie za The White Stripes?


sobota, 17 września 2016

Nick Cave & The Bad Seeds - Skeleton Tree




Skeleton Tree bronić nie trzeba. Opisywanie kontekstu i okoliczności powstania najnowszego dzieła Nicka Cave and The Bad Seeds jest zbędne. Za sprawą niedopowiedzeń wywołanych niemocą twórczą artysty, intryguje i zastanawia

„W trakcie zaawansowanych prac nad Skeleton Tree, świat odbiegła informacja o śmierci piętnastoletniego syna Nicka Cave’a.”

W trakcie zaawansowanych prac nad Skeleton Tree, świat odbiegła informacja o śmierci piętnastoletniego syna Nicka Cave’a. Od tamtego czasu, ani razu nie wystąpił publicznie, aż do wyemitowanego jednorazowo w kinach, filmu One More Time with Feeling. Obraz przedstawia proces rejestrowania materiału na płytę.  Ponadto, jest też komentarzem tego co spotkało artystę. Odpowiada na pytanie, jak żyć z traumą wywołaną utratą bliskiej osoby. Film jest rodzajem listu do słuchaczy i jedyną formą  „promocji” mającą zastąpić koncerty, wywiady czy oświadczenia.




„Dająca się wyczuć w głosie muzyka, bezradność i próba pogodzenia się z losem zlewa się z drone’owymi grzmotami nastrajając i przygotowując na charakter pozostałych utworów.”

Najnowsze wydawnictwo Nicka Cave i zespołu The Bad Seeds otwiera singlowe Jesus Alone, z tekstem ledwo wyśpiewanym, czy momentami po prostu wyrecytowanym. Dająca się wyczuć w głosie muzyka, bezradność i próba pogodzenia z losem zlewa się z dronowymi grzmotami   w nie tyle co mroczny, a smutny twór .   W podobnym tonie jest Magneto. Ambientowe plamy dronów przeplatają się z wprowadzającym w trans wibrafonem, a do tego co kilka taktów pobudza nas gitara akustyczna.
Anthrocene jest kontynuacją tego co usłyszymy w Magneto jednak, tutaj dopadają swingujące uderzenia bębnów, nadające nieco jazzowego charakteru.

„Melorecytacja Cave’a jest genialnym posunięciem. Może to efekt rezygnacji z jakiejkolwiek ekspresji i niemocy twórczej jaka dopadła artystę podczas tworzenia płyty.”


Pozostałe utwory wyzbywają się chropowatego brzmienia na rzecz melodyjności wyjętego rodem z lat ’80 czego przykładem jest Rings of Saturn. Wykorzystany Wurlitzer nadaje całego balladowego charakteru i choć utwór wydaje się być lekki, to ładunek jaki niesie ze sobą jest olbrzymi. Melorecytacja Cave’a jest genialnym posunięciem. Może to być efektem rezygnacji z jakiejkolwiek ekspresji i niemocy twórczej jaka dopadła artystę podczas tworzenia tej płyty.
Girl in Amber daje niesamowite wrażenie zrozumienia tego człowieka. Słychać jak Cave z każdą zwrotką rozpada się na kawałki załamując swój głos. Leci równią pochyłą w dół emocjonalnej czarnej przepaści. Akompaniament wibrafonu i wurlitzera nadaje pozaziemskiego tonu, kreując w głowie obraz przestrzeni, w której znajduje się ludzka energia pozbawiona ciała. Utwór niesamowicie działa na wyobraźnie. Dla mnie to najbardziej wiarygodny i prawdziwy kawałek jaki kiedykolwiek słyszałem.
Twór zrodzony z boleści duszy artysty ma potencjał „popowo-piosenkowy”, a I need You jest tego dowodem. Jest tak zaaranżowany, że w żadnym stopniu piosenkowość nie drażni ani a wręcz udowadnia, że Cave jest muzykiem kompletnym i potrafi tworzyć wspaniałe ballady wyciskające łzy. W Distant Sky po raz kolejny wysyłani jesteśmy gdzieś gdzie ludzka energia krąży we wszechświecie.

"…Cave’owi zabrakło siły artystycznej.”

Skeleton Tree jawi się jako twór podyktowany pod stan emocjonalny Cava. Stąd też towarzysząca mi myśl, że ten album jest niedokończony. Obecne są niedopowiedzenia, Cave czasami mija się z muzyką, a wydanie leżące na półkach sklepowych tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Cave’owi zabrakło siły artystycznej. To jaki ostatecznie ma kształt ten twór, nie jest jego wadą a największym plusem. Niekoniecznie swoją frustracje, ból, czy coś co nas gryzie musimy wyrazić krzykiem, płaczem czy banalnym smutkiem. Czasami więcej wyraża cisza. Ciszą, którą dla mnie jest Skeleton Tree. 


piątek, 29 kwietnia 2016

PJ Harvey : The Hope Six Demolition Project


PJ Harvey stanowczo wyraża swoje stanowisko wobec niesprawiedliwości społecznych, nie będąc przy tym karykaturą samej siebie. Ważne, że nie ociera się o hipokryzję, co dotyczy wielu artystów opowiadających się za sprawiedliwością oraz pokojem na świecie.

PJ Harvey 
Dawno temu, wertując dzienniki Kurta Cobaina trafiłem na listę z jego ulubionymi albumami, znalazło się tam Dry. Surowość jaką emanuje pierwsza płyta PJ, zawładnęła na dobre moje serce i ukształtowała fascynacje muzyczne. Nie ukrywam, że Dry i nagrane z Albinim - jeszcze surowsze - Rid of Me mają miejsce honorowe w mojej płytotece. Późniejsze dokonania artystki są mi mniej lub bardziej znane. Warto wspomnieć o jej współpracy z takimi artystami, jak Tom York czy Nick Cave.

The Hope Six Demolition Project rodziło się bardzo długo choć zostało nagrane w tym roku. Jedną z ciekawostek jest niekonwencjonalne podejście do sesji nagraniowych. Na własne oczy można było być świadkiem rejestrowania w Londynie najnowszej płyty PJ. Mnie jednak z całej tej magicznej otoczki urzekło jej podejście do zawartości swojej muzyki. Artystka odwiedziła Afganistan, Kosowo i Washington. Życie tych miejsc wypełnione po brzegi społeczną niesprawiedliwością, przecedzone przez filtr pisarski PJ zaowocowało jej tomikiem poezji, który najpewniej jest częścią The Hope Six Demolition Project.   „Kiedy piszę piosenkę, wizualizuję sobie cały obraz. Widzę kolory, porę dnia, nastrój, zauważam zmianę świaatła, poruszające się cienie, wszystko w jednym obrazku. Zbieranie informacji z drugiej ręki, nie było tym, o czym chciałam pisać. Chciałam poczuć powietrze, glebę i spotkać ludzi z krajów, którymi byłam zafascynowana” – mówi artystka.


Album w swoim brzmieniu nie ma prawa być oczywisty ani wyrazisty. Gitara osadzona jest w towarzystwie dęciaków, czasami gitary elktrycznej oraz masą innych instrumentów. Wokalowi towarzyszą liczne chórki wyjęte rodem z gospel, dające się wyłapać w The Comunity of Hope. Muzykalnie utwory mają amerykański charakter.  Znajduje się tu miejsce nawet na bluesa wyczuwalnego w Chain of Keys i The Ministry of Social Affairs. A Line in the Sand jest największym zaskoczeniem ze względu na to, że brzmi jak połączenie folku z indie popem. Największy urok w tym utworze, wywołuje klarnet barytonowy rzucający swój cień na całość. 
Ta płyta jest niesamowitym przykładem, jak powinny wyglądać piosenki mające nieco więcej instrumentarium. Ilość tego wszystkiego nie przytłacza w następstwie nie doszukamy się zbędnych dźwięków. Najlepszą cechą tej płyty jest łagodność a wydobywające się dźwięki z instrumentów łączą się w jedność oblewając piosenki złudzeniem, o ich absurdalnie prostej konstrukcji i melodii. Odczuwalny liryczny klimat odziany jest w swego rodzaju zadziorność. Z intonacjI artystki wybrzmiewa mnóstwo nadziei, bólu i protestu. Ukoronowaniem tego wszystkiego jest Dollar, Dollar. The Orange Monkey jest tą piosenką, którą po przesłuchaniu płyty słucham jeszcze raz. Szczerze nie mam pojęcia dlaczego akurat ona, ale urzekła mnie swoją zwiewnością, baśniowością i dającym się wyczuć protestem wypływającym z charakteru całej płyty i jej treści. 

sobota, 12 marca 2016

O tym co się słuchał a nie pozornie wygrało - the end.


Ze względu na możliwość wymieniania po kolei płyt i artystów którzy mnie uwiedli w zeszłym roku trzeba, to kończyć jednym konkretnym wpisem zbierających garstkę tego, co dobre i lubię. Druga i ostatnia część, O tym co się słuchało a nie pozornie wygrało!

W dwa tysiące czternastym wybrałem się na koncert kapeli, która przedstawiała swoją twórczość jako niewydane kawałki Cobaina. Pomyślałem, że muszę iść i to sprawdzić. Okazuje się, że chłopaki z Marylin Nomore są świetnym przykładem na to, że twórczość wydająca się kopią czegoś co już istnieje wcale nie musi nudzić. W ich twórczości istnieje jakiś totalny, niezrozumiany dla mnie paradoks, bo słysząc ich na koncercie pierwszą myślą  było faktycznie porównanie do Nirvany i to z czasów Bleach, ale kawałki Marylin Nomore są ich kawałkami i w żaden sposób nie są banalną kopią zespołu z Seattle a wręcz znakomitym przedłużeniem gatunku. Ich Ep-kę znalazłem dopiero w zeszłym roku a to co było na koncercie to już inna sprawa…

Wśród nowości z 2015 roku miodem dla ucha było i jest The Pale Emperior Mansona. Marylinowi posłużyła zmiana gitarzysty i nagrali wspólnie coś co jest dojrzałe. Skończył się satanistyczny pastisz, w którego miejsce wskoczył przebojowy blues w oryginalnej formie jaką ulepił Manson wraz z muzykami. Jego ostatnia płyta pokazała, że chłop ma klasę, smak i pomysł na nowe muzyczne ja.
Moore swoim The Best Day zabiera świadomość człowieka jak najdalej od ciała. Post-apokaliptyczny charakter przypomina mi trochę twórczość R.E.M..  Minusem nie raz jest długość powtarzanych pętli w piosence co z czasem bardzo nuży, ale tak to jest w alternatywie. Albo kawałki są mega krótkie i trwają dwie minuty albo najmniej mają po pięć minut.

Na szczególną uwagę zasługuje kilkanaście utworów udostępnionych na Bandcampie przez samego Johna Frusciante. Pałam miłością do jego nowych eksperymentów dźwiękowych, w których występuje gitara i on jako John Frusciante. Według mnie Fru tworzy coś ponad wszystko. Wiem, że są ludzie, którzy nie potrafią tego słuchać i zrozumieć jego twórczości odkąd wydał PBX Funicular Intaglio Zone. Do mnie te Rolandy bijące z szybkim tempem, syntezatory i ta cała otoczka synthpopowa nawiązująca do lat osiemdziesiątych uderza prosto w mój czuły punkt. Powoduje, że na nowo ekscytuję się muzyką. Jak dla mnie ten człowiek stworzył swój niepowtarzalny styl jako artysta. Ciężko nawet określić tę muzykę jednak czuć w niej szczerość, uczucia jakie zostały przelane z jej pomocą.

Moim sercem zawładnęła płyta Jamiego xx znanego z zespołu The xx. W In Colour najbardziej spodobał mi się ten luz płynący z utworów zawartych na tej płycie. Przy Loud Places – moim faworycie z tej płyty – łzy ze wzruszenia napływają mi do oczu. Jest coś co ujmuje po prostu człowieka i już. Rzecz ma się tak samo z teledyskiem Daughter do utworu Doing The Right Thing.  Wracając do Jamiego, facet wydał znakomity poprawiacz humoru, ale nie jakiś głupiutki tylko zmuszający myślącego człowieka do pewnej refleksji.

Z serii elektroniki popowiej zeszłego roku bardzo przypadła mi do gustu płyta Sea You Later The Dumplings. Duetu bardzo młodych, zdolnych i dobrze wyglądających artystów. Krążek nie jest nudny. Najbardziej mi się podoba to, że każdy utwór jest inny i kreuje swój własny świat. Cała płyta jest jakby uniwersum tych wszystkich światów łącząc je w jedną kupę przy czym nie zlewając się w jedną banalną całość. Z ciekawością będę obserwował dalsze poczynania tych młodych muzyków z talentem, który ja im totalnie zazdroszczę.

Albumem towarzyszący mi od zeszłego roku jest też Abyss , którego recenzje pojawiła się na moim blogu. Przestrzeń i ciągnące się błotniste brzmienie gitary jest bardzo nastrojowe w połączeniu z baśniowym śpiewem artystki. Mocno wpływa na percepcję i przeogromnie inspiruje.

Z perspektywy czasu zawiedziony jestem płytą Dodge and Burns za swoją przeciętność. Rzadko wracam do krążka The Dead Weather. Z drugiej strony co tak mocno zdefiniowany zespół może zaproponować innego? Mam nadzieję, że za jakiś czas dowiemy się i dostaniemy muzykę zespołu White’a i spółki w nowej formie stanowiąc dla nas zaskoczenie!


Zeszły rok był owocny w dobre płyty i debiuty. Dużo można by wymieniać, u mnie kolejność jest przypadkowa i to że wymieniłem tych artystów nie ma żadnego znaczenia. Zabrakło w tym wpisie Deafheaven,  Beachhouse, Killing Joke, Mgły, JAAA! i wielu innych artystów i ich dzieł zasługujących na znacznie więcej niż moje słowa w tym najbardziej opiniotwórczym blogu świata. Niestety w nieskończoność, tak nie można pisać więc po prostu sprawdźcie to i owo i zadajcie sobie pytanie czy w muzyce i naszych gustach muzycznych jest klucz i do czego jest nam on potrzebny?

piątek, 26 czerwca 2015

Postapokaliptyczne demo A


Feel The Veins to od niedawna istniejący duet . Żyły z powodzeniem mogą podszywać się pod zespół pochodzący ze Skandynawii albo podziemnej sceny Los Angeles. Na szczęście tego nie robią, dzięki czemu muzyczny underground w Polsce wzbogaca się o nową perełkę.  Zespół jakiś czas temu wydał Epkę zawierającą pięć mocnych, około metalowych utworów.
               Dzieło nosi nazwę Demo A. Można podejrzewać twórców o nawiązanie do kasety magnetofonowej, która ma stronę A i B z czego wynika iż materiał zespołu prawdopodobnie zostanie wzbogacony w niedalekiej przyszłości o Demo B, czyli tą drugą stronę zapomnianego nośnika. Jeżeli moje podejrzenia się sprawdzają,  Feel The Veins tym zabiegiem manifestuje swoją niezależność  oraz opór wobec panujących mód, czego symbolem była kaseta na której znajdowały się zakazane przez reżim piosenki.
               Na Epce dominuje mroczny ale momentami nawet przebojowy klimat utworów. Wszystkie z pięciu kawałków wywołują lekkie poczucie niepokoju za sprawą ciężkich ołowianych riffów oraz krzyko – śpiewu, nieraz intonowanego jakby przez psychopatę, a czasami postapokaliptycznego proroka siejącego swoją narracją mrok i depresje jakiej nie powstydziliby się  norwescy metalowcy.
               Wspomniane ołowiane ciężkie riffy atakują nas swoją gęstością i leniwym pijanym rytmem, już podczas pierwszego utworu. Trashowe brzmienie uzupełnione zręcznie wstawionymi growlami stanowią subtelny ozdobnik dla całości  FTV.  Obecne są zdrowe przyspieszenia w tempie co nakręca słuchacza i pobudza jego uwagę, niejednokrotnie zaskakując nagłymi zwrotami.
               Kill Count wpisuję się w estetykę czasów, kiedy to  Sub Pop wydawał swoje pierwsze legendarne składanki,  takie jak Sub Po 200 prezentujące zespoły gruge’owe . Riffy występujące w utworze, zestawione z emocjonalnym śpiewem wokalisty, totalnie oddają klimat brzmienia Seattle. Oblana ołowiem melodia nie narzuca się słuchaczowi i jednoczenie w pada w ucho, co skutkuje nuceniem utworu podczas codziennych czynności. Takie samo odczucie towarzyszyło mi przy Do The Core, przy którym śmiało można brać garść prochów i zapijać alkoholem.
                Muzycy czerpią również inspiracje ze starych, jak walc elementów muzycznych. Dosłownie, Cursel  zbudowany jest właśnie na rytmie żywcem wyjętym z walca. Połączenie ostrej gitary z tym pradawnym rozstawieniem dźwięków w czasie, przenosi nas do mrocznego, wesołego miasteczka, gdzie zamiast zabawiającego nas klauna spotkamy psychopatę będącego nim, który trzyma w klatkach zdeformowanych ludzi a jego hobby jest zabijanie. Utwór jest totalną psychodelą zniewalającą słuchacza na kolana. Słychać wczucie się wokalisty w rolę psychopaty zapraszającego nas do swojego cyrku urządzonego według Feel The Veins. Ja to zaproszenie bez zastanawiania przyjmuję i daję się porwać makabrycznemu widowisku stworzonym przez psycholi, gdzie główną atrakcją jest wypruwanie przez dziwadła, flaków ludzi. 
    Na zakończenie, zespół daje możliwość odetchnąć od ekstremalnych wrażeń, pozwalając słuchaczowi zatopić się w świecie swoich własnych myśli czyniąc Mind Fuck idealnym soundtrackiem do tego, co dzieje się w głowie. Jest to idealne zwieńczenie całości płyty, czyniąc z utworu ostateczne przyłożenie. Po jego zakończeniu następuje cisza w otoczeniu, która trwa przez dłuższy moment, jak to zwykle bywa po oszałamiającym dziele muzycznym. Skutkiem tej ciszy jest paraliż wywołany muzyką Feel The Veins, uniemożliwający wykonanie jakiegokolwiek ruchu w kierunku zgwałcenia przycisku replay, nie wspominając już o zarzuceniu sobie kolejnej codziennej dawki muzyki.               
               Pięć znakomitych kawałków daje nam wrażenie przejażdżki lokomotywą rozpędzają się w kierunku przepaści zwiastującej koniec, krótkiej i intensywnej podróży budząc jednocześnie poczucie niedosytu.
  
   https://www.facebook.com/FeelTheVeins?fref=ts
   https://www.youtube.com/channel/UC_662yJH6veoBdJ-FNz--iw/videos 
   http://feeltheveins.wix.com/clock

wtorek, 2 czerwca 2015

Dziecko śmierci


            Krytycy huczą i wróżą im świetlaną przyszłość. Nazywają ich, następcami Joy Division!                                                                                                                                          
Viet Cong, to kapela o dość staroświeckim podejściu, jako że  postanowili kroczyć ścieżką rock’n’rolla jadąc w trasę z budżetem skazującym ich na spanie na parkingach, bądź w swoim osobowym aucie (nawet nie busie!), zamiast (jak to większość zespołów dzisiaj robi)wrzucić muzykę do sieci i czekać z założonymi rękami czy coś się stanie.                            
Historia zespołu jest również o tyle ciekawa, że na jego powstanie złożyło się kilka dramatycznych czynników, które mogłyby składać się na fabułę dobrego dramatu, co dodaje zespołowi ciekawej i mrocznej otoczki.                                                                             
Otóż do powstania VC przyczyniła się min. śmierć gitarzysty dobrze zapowiadającego się zespołu Wooman mającego na koncie dwie płyty, którego sekcja rytmiczna współtworzy właśnie Viet Cong.    

Viet Cong, bo tak też się nazywa debiutancki album muzyków zabiera nas w muzyczne podróże po wielu zakątkach mapy muzycznej. Naszą podróż rozpoczyna Newspaper Spoons gdzie wita nas typowy dla shoewgaz’owych bandów hałas, szum i brud. Z czasem zaczyna dominować czysta, elektroniczna odsuwając hałas na drugi plan.            

Następnym krokiem jest Pointless Experience brzmiący trochę, jak hipsterski progressive rock, kończący się wraz z nadejściem prawdziwej mieszanki kraut - rocka z gitarą wyjętą z Velvet Underground i osadzoną w March of Progress wyśpiewanym w stylu Lennona.            
Bunker Buster ma trochę coś z „Red Hotowego” Can’t Stop, brzmi pogodnie i wprawia w świetny nastrój, a jednocześnie hipnotyzuje.                                                
Singlowe Continental Shelf z jednostajnym rytmem wprawia nogi w ruch, a melodyjny refren nie narzucając się (jak żebracy na dworcu) wpada w ucho. Stylistyka Viet Conga okraszona jest psychodelicznym brzmieniem co najbardziej słychać w Silhouettes i brzmi to, jak połączenie Joy Division z Tame Impla.                                                                               
Ostatnia pozycja na płycie to utwór, którego nie powstydziłby się nawet The Edg. Death to nic innego jak dwunastominutowe podsumowanie całej płyty. Słychać w nim wszystkie wpływy jakie można usłyszeć w każdym z osobna utworze .     

Zespół wystąpi przed polską publicznością 20 sierpnia na krakowskim Live Festival. 

http://livefestival.pl/pl                     


Kabu Bayn

środa, 27 maja 2015

20 000 dzień życia aktem autoironii


Czego boi się Nick Cave? Kim jest według niego Bóg i co jest najważniejsze w pisaniu piosenek? Jak wyglądała jego pierwsza przygoda z laseczkami?  Odpowiedzi znajdziemy w zapisie 20 tysięcznego dnia życia na Ziemi artysty? 
            
20 000 day’s  on Earth wyjątkowo mnie zaskoczył. Spodziewałem się nadmuchanego, owianego kultem, intymnego, mroczno - lirycznego portretu artysty. Filmu, który podkreślałby jego osiągnięcia, uczyniłby go jeszcze większą ikoną niż jest. Byłem pewny wręcz, że jak to w większości przypadków filmów o samym sobie będą gloryfikujące bohatera, wypowiedzi członków The Bad Seed’s, rodziny, przyjaciół i członków przemysłu muzycznego. I rzeczywiście, tak jest z tą różnicą, że wokalista żartuje sam z siebie i brak tu opisywania Cave’a przez osoby trzecie. Film jest ironizującą wypowiedzią Nick’a na swój temat, a jego postać balansuje pomiędzy narcyzmem, w który każda gwiazda z czasem obrasta, a refleksją na temat siebie samego.                                          

Pojawiające się tajemnicze archiwum, gdzie trzymane są wszystkie archiwalne nagrania i niepotrzebne graty muzyka, nad którymi piecze sprawują wpatrzeni w niego archiwiści jest przykładem, że artysta żartuje sam z siebie, swojego narcyzmu, który nie raz wychodził.  Postacie prowadzące zabawne dialogi z Nickiem w trakcie jazdy samochodem, są refleksjami dotyczącymi sławy i tego czy nie staje się karykaturą samego siebie.

W trakcie trwania filmu natykamy się na niecodzienne sceny, gdzie widzimy Nikosia jako spokojnego ojca, spędzającego wieczór ze swoimi dziećmi. Stajemy się świadkami prób z zespołem, przeplatane urywkami koncertów.
            
20 000 dzień na Ziemi pokazuje, że mimo swojej pozycji i kultowości Nick Cave zachowuje zdrowy dystans do siebie, czego wielu dzisiejszym gwiazdom brakuje, a samego Cave’a czyni niezwykłym artystą.

Dla fanów Nicka jest to pozycja obowiązkowa ze względu na to, iż widzimy go w filmie jako ciepłego, zabawnego człowieka, a nie posępnego, mroczno – lirycznego artystę o kultowym statucie.

Kabu Bayn