Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka to pistolet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka to pistolet. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 marca 2017

Zapowiedź -Naznaczony - Gargoyle -Mark Lanegan

Fot. materiały prasowe

Zmęczenie niepewnością przyszłości w niektórych sprawach, krótkimi dniami, zimą i tęsknotą za słońcem sprawia, że nic mi się nie chce. Zima jest zła. Zima burzy. Zima jest okrutna. Zima nie chce odejść i ciągnie się aż za długo. Śnieg i mróz powinien być jeden tydzień w całym roku, tylko po to, aby dopełnić panujący klimat świąt. Przez resztę dni niech świeci słońce i ładuje ciało energią. Bez słońca zdycham ja i rośliny. Napiszę szczerze – NIE CHCE MI SIĘ PISAĆ COKOLOWIEK.

Opowiem historię o tym, jak to pewien zespół mógł być, ale nie powstał. Mógł być… Skończyło się na próbach i graniu Leadbelly’ego. Tak musiało się stać, kiedy spotykają się dwie legendy obdarzone wzajemnym szacunkiem. Jedna żywa, choć grobowa w swoim stylu bycia. Druga od 23 lat martwa lecz do dzisiaj spogląda na nas z plakatów i koszulek, zupełnie jak Jezusek wiszący na krzyżu w każdym pomieszczeniu i przy każdej drodze. Mark Lanegan i Kurt Cobain skrzyknęli się, żeby sobie razem założyć zespół, jednak nic z tego nie wypaliło. Nie było komu frontmenować i napędzać projektu. Jeden i drugi nie mieli śmiałości narzucać wzajemnie swoich wizji. Stanęło na tym, że Cobain śpiewa na jednej z płyt Lanegana.

W moim umyśle Lanegan jest naznaczony tą historią. Zawsze w wyobraźni tworzę projekcje ze spotkań tych dwóch panów, ale tylko przy muzyce tego żyjącego.  Tak samo rzecz się ma, kiedy słucham Nocturne i Beehive. Single zwiastują kolejny album Lanegana -  Gargoyle, zaplanowany na 28 kwietnia.
Wydawnictwo zapowiada się bardzo ciekawie nie tylko przez pryzmat udostępnionych  utworów. To co bardzo lubię, to kolaborujący ze sobą muzycy. Mark Lanegan zaprosił obrotnego Josha Homme’a
  (Lanegan, Iggy Pop, Lady Gaga…  Kiedy  kolej na QOTSA?!), Grega Duli (Afghan Whigs) i Duka Garwooda (polecam w szczególności ostatnia płytę Garden of Ashes).
Przyznam, że nie byłem rozentuzjowany na wieść o premierze nowej płyty. Wszystko przez Phantom Radio i Blues Funeral. Nie podeszły mi one w ogóle. Wymazałem je ze świadomości. Dziś odkrywam je na nowo razem z Nocturne i Beehive. Myślę sobie: Koleś tworzy z wyprzedzeniem. Usprawiedliwiam w ten sposób swoją głupotę i niedojrzałość. Czuję, że właśnie dojrzałem zrzucając skórę naiwnego ortodoksa, że The Winding Sheet to ta jedyna. Porzuciłem nostalgiczne smutki ku pamięci Screaming Trees. Lanegan zmienił coś we mnie. Sprawił, że przyszłość wcale nie maluje się tak strasznie (przynajmniej ta muzyczna). W Nocturne i Beehive słychać wpływy z przeszłości. Brudne gitary wyjęte z grungowej przeszłości, krautowe pejzaże mieszają się z nerwowością i odprężającą przestrzennością. Taki koktajl emocji bardzo pozytywnie nastraja na przyszłość.
Czekając na gargulca poznaję od nowa Marka Lanegana!  



środa, 25 stycznia 2017

A Ty czego słuchasz?! Znowu lamenty

Kiedy poznaje się nowych ludzi nieodłącznym elementem tego rytuału są pytania. Pytania o to skąd jesteśmy, co lubimy, czego nie lubimy, czym się zajmujemy i takie tam. Z mojej obserwacji wynika, że odpowiedziami na te pytania są regułki, dawno wymyślone i po części nieaktualne, bo przecież my się zmieniamy, życie nie stoi w miejscu, więc światopogląd, zainteresowania mniejsze i większe też się zmieniają. To samo się tyczy pytania co lubimy, albo co słuchamy.

A jaka jest Twoja ulubiona płyta? Ulubiona Piosenka? …artysta? …gatunek? Zwykle odpowiadam In Utero, Frances Farmer will have her revange on Seattle, Cobain, grunge. Czy to jest prawda? Fakt uwielbiam Nirvanę, a muzyka i cała jej otoczka bardzo mi się podoba. Podarte spodnie, dziwne ubrania, swetry i koszule. Lubię kawę zwłaszcza ze Sturbucksa, którego pierwsza kawiarnia jest właśnie w stolicy grunge, a szef sieci był sąsiadem Cobaina. Urodziłem się na początku lat ’90, więc jak najbardziej, jest mi to coś bliskiego.

Udzielając powyższych odpowiedzi w jakimś stopniu towarzyszy mi poczucie kłamstwa i skrzywdzenia wielu doskonałych artystów, płyt i piosenek nie wspominając o nich słowem. Sami siebie szufladkujemy, tak samo jak muzykę. Śmiać mi się chcę z ortodoksyjnych „kuców”, „rapsów” czy innych poważnych znawców muzyki ograniczających się do jednego gatunku. Nieodłącznym elementem tych ludzi jest powaga. Są oni na tyle poważni, że nie zdają sobie sprawy, jak ośmieszają się swoją jednowymiarową elokwencją, kiedy mówią, że nie ma lepszej płyty niż Death Magnetic, albo lepszego zespołu niż Coma.  W dodatku są ostentacyjni w swoich poglądach, przez to jak wyglądają. Ktoś kto słucha metalu i nie ma glanów, łańcuchów i naszywek na plecaku nie kocha tak samo mocno, albo nawet bardziej „tej” muzyki niż ten, na pokaz wystylizowany „kuc”. Ci ludzie nie są świadomi, że artyści często kreują dla zwykłej zabawy, przekory lub zmiany świata. „Chodzące kserokopiarki” nie mają o tym pojęcia i wożą się jakby byli największymi propagatorami gatunku a reszta to gamonie, którzy nie są wystarczająco prawdziwi w tym co wyznają.

Kolejnym śmiesznym zjawiskiem są plakaty promujące koncerty! A raczej zawarty na nich element. Często młode zespoły, na takich plakatach dają swoje nazwy, a pod nimi, nie wiem po co, wciskają gatunek z kosmosu wyjęty, który i tak nic mi nie mówi - alterstoner, post – grunge,  surfandblackambientfolk. Jakby miejsce koncertu albo oprawa graficzna nie mówiła za siebie, że jest to muzyka gitarowa. Jest przecież internet za pośrednictwem, którego możemy odsłuchać sobie myzki zespołu z plakatu. Odbierają sami sobie słuchaczy! Pseudo twórcy gatunków i niepotrzebnego szufladkowania, przez co tracą ciekawość! To do odbiorcy należy określenie tego co usłyszał, bo jeśli band daje gig to dla publiki. Nie mam tutaj na myśli określenie czyli zaszufladkowanie, tylko rozwikłanie zagadki, zastanowienie się nad muzyką. Te młode zespoły same siebie nie szanują, co najważniejsze swojej twórczości. Jeżeli od zaprezentowania samej nazwy otagowanej gatunkiem, odkrywają się, dają na talerzu już podsuniętą kreację, to lepiej niech się nie zajmują tworzeniem. Sztukę jak i brzmienie powinno się samemu interpretować. Nie jak w szkole wbijać się w denny klucz wykreowany przez smutnych konformistów. Jeżeli twórca nie tworzy wokół siebie aury tajemniczości, niech się później nie dziwi, że gra koncerty tylko dla znajomych. Ludzi, którzy nawet nie pochylą, ani nie zastanowią się na swoją interpretacja tylko poklepią po plecach i pochodzą po klubie, jak paw bo są ziomkami typów z zespołu, którzy grają post- grunge.

Wracając do pytań o ulubionego, artystę, płytę, piosenkę. Uważam, że odpowiedź każdego dnia będzie inna. Słucham tego co lubię, ale na dzień dzisiejszy mając nastrój melancholijny moją płytą jest Dummy – Portishead a piosenką Roads z tej płyty. Jutro może to być Horses, Patti Smith, bo jestem w trakcie czytania genialnych swoją drogą Poniedziałkowych dzieci, zaś pojutrze moją ulubiona płytą będzie Podróż zwana życiem i tak w kółko. Owszem są ulubione rzeczy, ale nie sposób ograniczyć się do tej jednej. Jest mnóstwo czynników zmieniających wektor tego co kochamy, nienawidzimy, na co mamy ochotę bądź nie.
Muzyka jest o tyle skomplikowana, że wpływa na nas a my na nią. Nie jest martwa tylko żyje, dlatego nie należy, tak prostolinijnie podchodzić do niej, jako czegoś co może nas określić. Warto się zastanowić nad odpowiedziami na zadane nam pytania, niż po prostu palnąć rock! Warto wejść w interakcje ze sztuką!


sobota, 17 września 2016

Nick Cave & The Bad Seeds - Skeleton Tree




Skeleton Tree bronić nie trzeba. Opisywanie kontekstu i okoliczności powstania najnowszego dzieła Nicka Cave and The Bad Seeds jest zbędne. Za sprawą niedopowiedzeń wywołanych niemocą twórczą artysty, intryguje i zastanawia

„W trakcie zaawansowanych prac nad Skeleton Tree, świat odbiegła informacja o śmierci piętnastoletniego syna Nicka Cave’a.”

W trakcie zaawansowanych prac nad Skeleton Tree, świat odbiegła informacja o śmierci piętnastoletniego syna Nicka Cave’a. Od tamtego czasu, ani razu nie wystąpił publicznie, aż do wyemitowanego jednorazowo w kinach, filmu One More Time with Feeling. Obraz przedstawia proces rejestrowania materiału na płytę.  Ponadto, jest też komentarzem tego co spotkało artystę. Odpowiada na pytanie, jak żyć z traumą wywołaną utratą bliskiej osoby. Film jest rodzajem listu do słuchaczy i jedyną formą  „promocji” mającą zastąpić koncerty, wywiady czy oświadczenia.




„Dająca się wyczuć w głosie muzyka, bezradność i próba pogodzenia się z losem zlewa się z drone’owymi grzmotami nastrajając i przygotowując na charakter pozostałych utworów.”

Najnowsze wydawnictwo Nicka Cave i zespołu The Bad Seeds otwiera singlowe Jesus Alone, z tekstem ledwo wyśpiewanym, czy momentami po prostu wyrecytowanym. Dająca się wyczuć w głosie muzyka, bezradność i próba pogodzenia z losem zlewa się z dronowymi grzmotami   w nie tyle co mroczny, a smutny twór .   W podobnym tonie jest Magneto. Ambientowe plamy dronów przeplatają się z wprowadzającym w trans wibrafonem, a do tego co kilka taktów pobudza nas gitara akustyczna.
Anthrocene jest kontynuacją tego co usłyszymy w Magneto jednak, tutaj dopadają swingujące uderzenia bębnów, nadające nieco jazzowego charakteru.

„Melorecytacja Cave’a jest genialnym posunięciem. Może to efekt rezygnacji z jakiejkolwiek ekspresji i niemocy twórczej jaka dopadła artystę podczas tworzenia płyty.”


Pozostałe utwory wyzbywają się chropowatego brzmienia na rzecz melodyjności wyjętego rodem z lat ’80 czego przykładem jest Rings of Saturn. Wykorzystany Wurlitzer nadaje całego balladowego charakteru i choć utwór wydaje się być lekki, to ładunek jaki niesie ze sobą jest olbrzymi. Melorecytacja Cave’a jest genialnym posunięciem. Może to być efektem rezygnacji z jakiejkolwiek ekspresji i niemocy twórczej jaka dopadła artystę podczas tworzenia tej płyty.
Girl in Amber daje niesamowite wrażenie zrozumienia tego człowieka. Słychać jak Cave z każdą zwrotką rozpada się na kawałki załamując swój głos. Leci równią pochyłą w dół emocjonalnej czarnej przepaści. Akompaniament wibrafonu i wurlitzera nadaje pozaziemskiego tonu, kreując w głowie obraz przestrzeni, w której znajduje się ludzka energia pozbawiona ciała. Utwór niesamowicie działa na wyobraźnie. Dla mnie to najbardziej wiarygodny i prawdziwy kawałek jaki kiedykolwiek słyszałem.
Twór zrodzony z boleści duszy artysty ma potencjał „popowo-piosenkowy”, a I need You jest tego dowodem. Jest tak zaaranżowany, że w żadnym stopniu piosenkowość nie drażni ani a wręcz udowadnia, że Cave jest muzykiem kompletnym i potrafi tworzyć wspaniałe ballady wyciskające łzy. W Distant Sky po raz kolejny wysyłani jesteśmy gdzieś gdzie ludzka energia krąży we wszechświecie.

"…Cave’owi zabrakło siły artystycznej.”

Skeleton Tree jawi się jako twór podyktowany pod stan emocjonalny Cava. Stąd też towarzysząca mi myśl, że ten album jest niedokończony. Obecne są niedopowiedzenia, Cave czasami mija się z muzyką, a wydanie leżące na półkach sklepowych tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Cave’owi zabrakło siły artystycznej. To jaki ostatecznie ma kształt ten twór, nie jest jego wadą a największym plusem. Niekoniecznie swoją frustracje, ból, czy coś co nas gryzie musimy wyrazić krzykiem, płaczem czy banalnym smutkiem. Czasami więcej wyraża cisza. Ciszą, którą dla mnie jest Skeleton Tree. 


piątek, 29 kwietnia 2016

PJ Harvey : The Hope Six Demolition Project


PJ Harvey stanowczo wyraża swoje stanowisko wobec niesprawiedliwości społecznych, nie będąc przy tym karykaturą samej siebie. Ważne, że nie ociera się o hipokryzję, co dotyczy wielu artystów opowiadających się za sprawiedliwością oraz pokojem na świecie.

PJ Harvey 
Dawno temu, wertując dzienniki Kurta Cobaina trafiłem na listę z jego ulubionymi albumami, znalazło się tam Dry. Surowość jaką emanuje pierwsza płyta PJ, zawładnęła na dobre moje serce i ukształtowała fascynacje muzyczne. Nie ukrywam, że Dry i nagrane z Albinim - jeszcze surowsze - Rid of Me mają miejsce honorowe w mojej płytotece. Późniejsze dokonania artystki są mi mniej lub bardziej znane. Warto wspomnieć o jej współpracy z takimi artystami, jak Tom York czy Nick Cave.

The Hope Six Demolition Project rodziło się bardzo długo choć zostało nagrane w tym roku. Jedną z ciekawostek jest niekonwencjonalne podejście do sesji nagraniowych. Na własne oczy można było być świadkiem rejestrowania w Londynie najnowszej płyty PJ. Mnie jednak z całej tej magicznej otoczki urzekło jej podejście do zawartości swojej muzyki. Artystka odwiedziła Afganistan, Kosowo i Washington. Życie tych miejsc wypełnione po brzegi społeczną niesprawiedliwością, przecedzone przez filtr pisarski PJ zaowocowało jej tomikiem poezji, który najpewniej jest częścią The Hope Six Demolition Project.   „Kiedy piszę piosenkę, wizualizuję sobie cały obraz. Widzę kolory, porę dnia, nastrój, zauważam zmianę świaatła, poruszające się cienie, wszystko w jednym obrazku. Zbieranie informacji z drugiej ręki, nie było tym, o czym chciałam pisać. Chciałam poczuć powietrze, glebę i spotkać ludzi z krajów, którymi byłam zafascynowana” – mówi artystka.


Album w swoim brzmieniu nie ma prawa być oczywisty ani wyrazisty. Gitara osadzona jest w towarzystwie dęciaków, czasami gitary elktrycznej oraz masą innych instrumentów. Wokalowi towarzyszą liczne chórki wyjęte rodem z gospel, dające się wyłapać w The Comunity of Hope. Muzykalnie utwory mają amerykański charakter.  Znajduje się tu miejsce nawet na bluesa wyczuwalnego w Chain of Keys i The Ministry of Social Affairs. A Line in the Sand jest największym zaskoczeniem ze względu na to, że brzmi jak połączenie folku z indie popem. Największy urok w tym utworze, wywołuje klarnet barytonowy rzucający swój cień na całość. 
Ta płyta jest niesamowitym przykładem, jak powinny wyglądać piosenki mające nieco więcej instrumentarium. Ilość tego wszystkiego nie przytłacza w następstwie nie doszukamy się zbędnych dźwięków. Najlepszą cechą tej płyty jest łagodność a wydobywające się dźwięki z instrumentów łączą się w jedność oblewając piosenki złudzeniem, o ich absurdalnie prostej konstrukcji i melodii. Odczuwalny liryczny klimat odziany jest w swego rodzaju zadziorność. Z intonacjI artystki wybrzmiewa mnóstwo nadziei, bólu i protestu. Ukoronowaniem tego wszystkiego jest Dollar, Dollar. The Orange Monkey jest tą piosenką, którą po przesłuchaniu płyty słucham jeszcze raz. Szczerze nie mam pojęcia dlaczego akurat ona, ale urzekła mnie swoją zwiewnością, baśniowością i dającym się wyczuć protestem wypływającym z charakteru całej płyty i jej treści. 

sobota, 12 marca 2016

O tym co się słuchał a nie pozornie wygrało - the end.


Ze względu na możliwość wymieniania po kolei płyt i artystów którzy mnie uwiedli w zeszłym roku trzeba, to kończyć jednym konkretnym wpisem zbierających garstkę tego, co dobre i lubię. Druga i ostatnia część, O tym co się słuchało a nie pozornie wygrało!

W dwa tysiące czternastym wybrałem się na koncert kapeli, która przedstawiała swoją twórczość jako niewydane kawałki Cobaina. Pomyślałem, że muszę iść i to sprawdzić. Okazuje się, że chłopaki z Marylin Nomore są świetnym przykładem na to, że twórczość wydająca się kopią czegoś co już istnieje wcale nie musi nudzić. W ich twórczości istnieje jakiś totalny, niezrozumiany dla mnie paradoks, bo słysząc ich na koncercie pierwszą myślą  było faktycznie porównanie do Nirvany i to z czasów Bleach, ale kawałki Marylin Nomore są ich kawałkami i w żaden sposób nie są banalną kopią zespołu z Seattle a wręcz znakomitym przedłużeniem gatunku. Ich Ep-kę znalazłem dopiero w zeszłym roku a to co było na koncercie to już inna sprawa…

Wśród nowości z 2015 roku miodem dla ucha było i jest The Pale Emperior Mansona. Marylinowi posłużyła zmiana gitarzysty i nagrali wspólnie coś co jest dojrzałe. Skończył się satanistyczny pastisz, w którego miejsce wskoczył przebojowy blues w oryginalnej formie jaką ulepił Manson wraz z muzykami. Jego ostatnia płyta pokazała, że chłop ma klasę, smak i pomysł na nowe muzyczne ja.
Moore swoim The Best Day zabiera świadomość człowieka jak najdalej od ciała. Post-apokaliptyczny charakter przypomina mi trochę twórczość R.E.M..  Minusem nie raz jest długość powtarzanych pętli w piosence co z czasem bardzo nuży, ale tak to jest w alternatywie. Albo kawałki są mega krótkie i trwają dwie minuty albo najmniej mają po pięć minut.

Na szczególną uwagę zasługuje kilkanaście utworów udostępnionych na Bandcampie przez samego Johna Frusciante. Pałam miłością do jego nowych eksperymentów dźwiękowych, w których występuje gitara i on jako John Frusciante. Według mnie Fru tworzy coś ponad wszystko. Wiem, że są ludzie, którzy nie potrafią tego słuchać i zrozumieć jego twórczości odkąd wydał PBX Funicular Intaglio Zone. Do mnie te Rolandy bijące z szybkim tempem, syntezatory i ta cała otoczka synthpopowa nawiązująca do lat osiemdziesiątych uderza prosto w mój czuły punkt. Powoduje, że na nowo ekscytuję się muzyką. Jak dla mnie ten człowiek stworzył swój niepowtarzalny styl jako artysta. Ciężko nawet określić tę muzykę jednak czuć w niej szczerość, uczucia jakie zostały przelane z jej pomocą.

Moim sercem zawładnęła płyta Jamiego xx znanego z zespołu The xx. W In Colour najbardziej spodobał mi się ten luz płynący z utworów zawartych na tej płycie. Przy Loud Places – moim faworycie z tej płyty – łzy ze wzruszenia napływają mi do oczu. Jest coś co ujmuje po prostu człowieka i już. Rzecz ma się tak samo z teledyskiem Daughter do utworu Doing The Right Thing.  Wracając do Jamiego, facet wydał znakomity poprawiacz humoru, ale nie jakiś głupiutki tylko zmuszający myślącego człowieka do pewnej refleksji.

Z serii elektroniki popowiej zeszłego roku bardzo przypadła mi do gustu płyta Sea You Later The Dumplings. Duetu bardzo młodych, zdolnych i dobrze wyglądających artystów. Krążek nie jest nudny. Najbardziej mi się podoba to, że każdy utwór jest inny i kreuje swój własny świat. Cała płyta jest jakby uniwersum tych wszystkich światów łącząc je w jedną kupę przy czym nie zlewając się w jedną banalną całość. Z ciekawością będę obserwował dalsze poczynania tych młodych muzyków z talentem, który ja im totalnie zazdroszczę.

Albumem towarzyszący mi od zeszłego roku jest też Abyss , którego recenzje pojawiła się na moim blogu. Przestrzeń i ciągnące się błotniste brzmienie gitary jest bardzo nastrojowe w połączeniu z baśniowym śpiewem artystki. Mocno wpływa na percepcję i przeogromnie inspiruje.

Z perspektywy czasu zawiedziony jestem płytą Dodge and Burns za swoją przeciętność. Rzadko wracam do krążka The Dead Weather. Z drugiej strony co tak mocno zdefiniowany zespół może zaproponować innego? Mam nadzieję, że za jakiś czas dowiemy się i dostaniemy muzykę zespołu White’a i spółki w nowej formie stanowiąc dla nas zaskoczenie!


Zeszły rok był owocny w dobre płyty i debiuty. Dużo można by wymieniać, u mnie kolejność jest przypadkowa i to że wymieniłem tych artystów nie ma żadnego znaczenia. Zabrakło w tym wpisie Deafheaven,  Beachhouse, Killing Joke, Mgły, JAAA! i wielu innych artystów i ich dzieł zasługujących na znacznie więcej niż moje słowa w tym najbardziej opiniotwórczym blogu świata. Niestety w nieskończoność, tak nie można pisać więc po prostu sprawdźcie to i owo i zadajcie sobie pytanie czy w muzyce i naszych gustach muzycznych jest klucz i do czego jest nam on potrzebny?

czwartek, 4 lutego 2016

Kurt Cobain - idol kakofonistów? - O tym co się słuchało, a nie co pozornie wygrało!








Nirvana – największy zespół ostatnich trzydziestu lat. Śmiem twierdzić, że za dziesięć lat i więcej, nadal będzie to największy zespół ostatnich dekad. Wśród dzisiejszej papki jaką funduje nam show biznes nie ma mowy na takie zjawisko jak Nirvana. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Dzisiaj, to artysta musi się dostosować do rynku i stać się produktem, aby grać koncerty na pełnych stadionach. Są oczywiście wyjątki będące kreatorami rynku. Są nimi szczęściarze i czołowe postacie muzyki, które zrobiły karierę przed światowym komercjalizmem.  Drugim powodem jest stała rotacja zrzucająca z piedestału „gwiazdy” zastępowane nowymi i „świeżymi” twarzami powielając schemat poprzedników.

Kurt Cobain to mój ulubieniec a Nirvana i jej muzyka uderza prosto w serce, umysł i wypełnia każdy fragment mojego ciała. Twórczość Cobaina jest czymś co sam bym chciał stworzyć i co uwielbiam słuchać. Melodyjność i lekkość, połączona z brudnym ołowianym brzmieniem i krzykiem uderza prosto w mój gust. Do tego dochodzi wrażliwość, charyzma jaką emanuje sam Cobain i jego muzyka, z którą się utożsamiam. Ikonie grunge poświęciłem pół swojego życia, ucząc się jego piosenek, czytając teksty poświęcone każdej cząstce jego życia, oglądając koncerty i filmy. Swoją fanowską obsesję postanowiłem wykorzystać do napisania pracy naukowej wymaganej do ukończenia studiów. Mój wybór zakończył się szczegółowym analizowaniem wszystkiego co dotyczyło Cobaina. Wertowanie książek po nocach, przemierzanie internetowej otchłani w celu zebrania materiałów na moją pracę dyplomową. Towarzyszyło temu wszystkiemu ogromne podniecenie, natomiast wieść o nadchodzącym, autoryzowanym dokumencie o artyście, w którym mają się pojawić niepublikowane wcześniej materiały z prywatnego archiwum muzyka i jego rodziny spotęgowały moją euforię.
   
Cobain: Montage of Heck to poruszający obraz muzyka. Jest to podróż przez życie artysty od etapu dzieciństwa poprzez okres dojrzewania, do momentu aż stał się ikoną lat dziewięćdziesiątych. Oglądając film w jakiś sposób doświadczamy wrażliwości jaką emanował Cobain, o której wszyscy wspominali. Oglądając ten film rodzi się w widzu przekonanie, że tak wrażliwa osoba, świadoma swojej odmienności nie jest gotowa na sławę. Dokument jest bardzo przystępny ze względu na brak wypowiedzi mnóstwa osób a jedynie tych, które przyszły by na jego pogrzeb, nawet jakby był tylko sprzedawcą w sklepie. Wypowiedzi tych pięciu najbliższych osób przeplatają się z animacjami 
holenderskiego artysty łącząc się w niesamowicie spójny obrazek z narracjami Cobaina i jego muzyką pochodzącą z prywatnego archiwum. Ponadto ciekawym zabiegiem było ożywienie graficznych dzieł muzyka i jego licznych kolaży. W Montage of Heck widzimy różne oblicza artysty. Występuje Cobain zakochany i szczęśliwy, znudzony i zdołowany, ruchliwy i wykończony. Jedyną wadą filmu jest to, że dla kogoś kto przeczytał choćby jedną książkę o Nirvanie, Montage of Heck nie wniesie nic nowego. Film zainicjowany został przez córkę muzyka i ugruntował, to co możemy wyczytać w dostępnych wydawnictwach, pomijając oczywiście te wymierzone przeciwko Courtney Love.

Z okazji pojawienia się filmu na półkach sklepowych pojawiła się również płyta Kurt Cobain: Montage of Heck The Home Recordings sugerując, że jest to solowa płyta muzyka jak i soundtruck do filmu. Dla fanów artysty to pozycja niezwykle wyjątkowa. Dla zwykłych zjadaczy chleba kakofonia i śmieć. Sama płyta nie zanotowała wysokich sprzedaży i pochlebnych recenzji. Strona będąca przeciw wypowiada się za Cobaina mówiąc, że sam Kurt nie chciałby udostępniać takich nagrań. Ja głosu w tej sprawie nie zabiorę, bo nie mam takiego prawa. Dodam jedynie, że niektórzy zbytnio poczuwają się do bronienia jego nonkonformizmu, będącego jedynie połową postawy wypełnionej także konformizmem.


The Home Recordings to pozycja, jak wspomniałem dla wielkich fanów mających możliwość dzięki temu wydawnictwu poczuć więź z artystą, mając jednocześnie wrażenie, że dzieli się razem z nami swoją intymnością. Jak dla mnie jest to portal przenoszący do głowy Cobaina i jego pokoju lub mieszkania w Olympii. Niektóre pozycje na płycie dowodzą zamiłowania muzyka do rejestrowania kolaży i eksperymentów dźwiękowych stanowiących coś w rodzaju dzienników jakie prowadził Cobain lecz w formie dźwiękowej. Są to nagrania słabej jakości zarejestrowane „kaseciakiem” w domowych warunkach, więc jeżeli ktoś oczekuje od tej płyty pięknych i skończonych piosenek, lepiej niech zostanie przy Nevermind i zapętla sobie Polly. Podsumowując są tam covery, szkice szkiców utworów i przearanżowane kawałki takie, jak Do Re Mi czy Sappy, które w moich domysłach miały zająć jakieś miejsce na solowej płycie Cobaina albo przynajmniej pokazują jaki mniej więcej miałaby kształt.










piątek, 9 października 2015

Muzyczny super gang atakuje


               
          Na początku istnienia The Dead Weather,  słuchaczy przyciągało nazwisko White. Dziś, fakt że lider legendarnego  The White Stripes jest w zespole ma mniejsze znaczenie. Wysoki poziom utrzymywany na albumach, schowanie się Whita na tyłach sceny, za bębnami oraz obarczenie rolą frontmenki Alison Moshart  (The Killis) jest jednym z dowodów, że to nie kukiełkowy teatr Whita a zgrany gang wszechstronnych muzyków. Oprócz Moshart i Whita w zespole możemy usłyszeć grającego na gitarze, syntezatorach i innych cudacznych elektronicznych wynalazkach Dana Feritę (Queens of The Stone Age) i Jacka Lawrenca (The Greenhornes, The Raconteurs) odpowiedzialnego z bujające linie basowe.
               

           Supergrupa, a raczej supergang, który wyglądem przypominają muzycy, przez pięć lat nagrywali swoje najnowsze dzieło. Wszystko przez zawrotne kariery, pochłaniające czas każdego z osobna . W momencie, kiedy pojawił się Dogde and Burns zastanawiałem się, czy płyta nagrywana w tak długim czasie, będzie spójna a stwierdzenie „ wszystko i nic” może okazać się idealne. Potwierdza się tylko jedno. Jest Wszystko – ale tylko to co niezbędne! Wyraźnie słychać, że każdy z członków zespołu dodaje tu swój tajemniczy składnik twórczy.
            Utwór otwierający album brzmi jak żywcem wyjęty z z solowego albumu Jacka White Lazzareto. Być może Moshart i Ferieta zainspirowali się twórczością kolegi. Groove gitary mocno przypomina tą, która wybrzmiewa na wspomnianym krążku, do tego harmoniczny wokal Moshart mocno przypomina głos Whita. I Feel Love (Every Million Miles), bo o tym kawałku mowa ma bardzo chwytliwy refren, odtwarzany później w  głowie, kiedy dopada bezsenność.

                  Fanom stonerowskiego luzu i odrobinki psychodeli na pewno przypadnie do gustu Buzzkill(er), idealnie nadający się jako soundtrack do westernu stworzonego przez Tarantino, gdzie z ekranu będą atakować nas kałuże krwi rewolwerowców. Słychać idealnie kunszt kompozytorski Ferity.
               Let Me Through jest jednym z bardziej szalonych momentów na płycie, jeżeli słucha się ją w całości. Pulsujący, zachrypły bas i ekspresyjny wokal Moshart, bardzo nakręcają słuchacza powodując głód dalszego rozpierdolu. Dopiero pod koniec utworu, mocno spragnieni, dostajemy rozszalałe riffy gitarowe. Po tym utworze reszta płyty jest już jednym wielkim tańcem i szaleństwem naładowanym energią.
                
W Three Dolar Hat  zwrotki wyśpiewuje White, któremu akompaniuje syntezator wydający dźwięki jakie były w grach z lat 90, do tego dochodzi niepokojąca linia basu przez co ma się wrażenie, że słyszymy zgrywających z słuchacza psycholi. Bardzo dobrym zabiegiem jest ostry, rasowy refren z szorstkim brzmieniem gitar, dzięki czemu utwór nie jest za bardzo męczący i nie narzuca się swoim dziwactwem.
               Lose the Right i Rugh Detectiv to chyba najsłabsze momenty na płycie, brzmią dobrze, jednak są to po prostu dobre kawałki z jakich słynie supergang. Pierwszy z nich na myśl przywołuje tutaj znowu Lazzareto. Przeciętność na szczęście przeganiają następne utwory z Dogde and Burn, choćby singlowe Open Up z apokaliptyczną linią melodyczną. Słysząc ten utwór wokalistka jawi się przed oczami jako czarownica, a reszta zespołu jako pomyleni grabarze, usługujący swojej wiedźmie. W tym utworze, jak we większości nagrań z najnowszej płyty, zespół wzbija się ponad swoją przeciętność.
               Krążą głosy, że Dogde and Burn , to nic nowego i porządnie zalatuje nudą. Owszem zespół ma mocno zdefiniowane brzmienie, ale w ich twórczości nie ma wspomnianej nudy a jedynie rozwrzeszczany i szalony rock’n’roll. Przy takim projekcie pobocznym, jak The Dead Wheater, muzycy mogą darować sobie zbędne eksperymenty, choć i takich nie brakuje na nowej płycie, mimo że są to małe smaczki, dla wprawionego słuchacza są frajdą. Świadczy o tym cudownie przemycona w Mile Markers linia wokalna  jakiej nie powstydziłaby się żadna piosenkarka popowa. Refren jest naprawdę słodki i cukierkowy co idealnie kontrastuje z niby rapowanymi zwrotkami.                               Kolejnym przyjemnym zaskoczeniem je

wtorek, 6 października 2015

"Kurt Cobain. Montage of Heck: The Home Recordings" - Premiera singla.


           W sieci pojawił się singiel  promujący ścieżkę dźwiękową do filmu Kurt Cobain: Monatge of Heck. Premierę albumu wyznaczono na 13 listopada a promuje go Sappy.  
            
           Singiel promujący Kurt Cobain: Montage of Heck Home Recording, to melncholijna ballada odziana w delikatną barwę brzmienia gitary oraz bardzo smutny wokal. Nie ma tu złości, krzyku i rzężenia gitar. Słychać ból, znudzenie i niechęć do wszystkiego. Czyli to, co ma porządnie skacowany człowiek. Melodia utworu idealnie komponuje się do szarych, jesiennych dni zwabiając nas w czarną odchłań rozpaczy i użalania się nad sobą. Bez żadnych kompleksów taka forma Sappy mogłaby się znaleźć choćby na In Utero. Pasowałaby z pewnością do klimatu ostatniego studyjnego dzieła Nirvany.
          
           Sappy można było usłyszeć przy okazji wydania składanki Sliver, na której znajdują się domowe nagrania twórczości muzyka oraz dema. Piosenka brzmi bardziej rasowo w kontekście grunge. Brzmienie gitar jest charakterystczne dla Nirvany. Melodyjność odziana w ołów i poszarpane solówki uzupełniają się z zachrypniętym niemal krzyczącym wokalem lidera Nirvany.

środa, 3 czerwca 2015

Taki Szczaw to nie chwast


Bycie  singer-songwriter na pozór nie jest takie łatwe, bo oprócz umiejętności pisania piosenek trzeba mieć ogromną charyzmę, dzięki której słuchacz zatrzymuje swoją uwagę na artyście. Na pewno tą charyzmą odznacza się młodziutka  Lili Liliana, co udowadnia swoim Szczawiem.

Szczaw to lo fi pełną gębą, czyniąc z dwunastki utworów autentyczne pocztówki  wysyłane, przez młodą, dojrzewającą dziewczynę o naturalnej, jeszcze nie zmąconej starością i manierami barwą głosu. Jest to zbiór akustycznych, dziewczęcych piosenek, które przenoszą w czasy młodości, kiedy to siadało się na łące i patrzyło na letnie błękitne niebo, myśląc o swoich młodzieńczych problemach.

Płytę Liliany otwiera elektroniczny, rodem z Disneyowskiego filmu fantasy, Początek. Idąc dalej w las, słyszymy utwory w towarzystwie gitary akustycznej, dzwonków i perkusji, głównie. Wydawać się może, że piosenki są monotonne i takie same, otóż nic bardziej mylnego. Dzieje się dużo, mimo iż Lili nie gra wirtuozerii, za to tworzy wciągające melodie. Słyszymy zaskakujące przejścia między częściami piosenek, ciekawie wplecione dzwonki i inne efekty dźwiękowe. Dyktowane tempo przez perkusje o intrygującym, kartonowym brzmieniu o dziwo pasuje idealnie do twórczości, w której nie raz zostaniemy zaskoczeni i dzięki temu trudno nie przesłuchać Szczawiu jednym tchem.                                                         
Płytę kończy również zabarwione mocno elektroniką outro, które jest jak ostatni kęs ulubionego ciastka.  

Gdzie podsłuchać?

             Kabu Bayn