Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurt Cobain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurt Cobain. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 marca 2017

Zapowiedź -Naznaczony - Gargoyle -Mark Lanegan

Fot. materiały prasowe

Zmęczenie niepewnością przyszłości w niektórych sprawach, krótkimi dniami, zimą i tęsknotą za słońcem sprawia, że nic mi się nie chce. Zima jest zła. Zima burzy. Zima jest okrutna. Zima nie chce odejść i ciągnie się aż za długo. Śnieg i mróz powinien być jeden tydzień w całym roku, tylko po to, aby dopełnić panujący klimat świąt. Przez resztę dni niech świeci słońce i ładuje ciało energią. Bez słońca zdycham ja i rośliny. Napiszę szczerze – NIE CHCE MI SIĘ PISAĆ COKOLOWIEK.

Opowiem historię o tym, jak to pewien zespół mógł być, ale nie powstał. Mógł być… Skończyło się na próbach i graniu Leadbelly’ego. Tak musiało się stać, kiedy spotykają się dwie legendy obdarzone wzajemnym szacunkiem. Jedna żywa, choć grobowa w swoim stylu bycia. Druga od 23 lat martwa lecz do dzisiaj spogląda na nas z plakatów i koszulek, zupełnie jak Jezusek wiszący na krzyżu w każdym pomieszczeniu i przy każdej drodze. Mark Lanegan i Kurt Cobain skrzyknęli się, żeby sobie razem założyć zespół, jednak nic z tego nie wypaliło. Nie było komu frontmenować i napędzać projektu. Jeden i drugi nie mieli śmiałości narzucać wzajemnie swoich wizji. Stanęło na tym, że Cobain śpiewa na jednej z płyt Lanegana.

W moim umyśle Lanegan jest naznaczony tą historią. Zawsze w wyobraźni tworzę projekcje ze spotkań tych dwóch panów, ale tylko przy muzyce tego żyjącego.  Tak samo rzecz się ma, kiedy słucham Nocturne i Beehive. Single zwiastują kolejny album Lanegana -  Gargoyle, zaplanowany na 28 kwietnia.
Wydawnictwo zapowiada się bardzo ciekawie nie tylko przez pryzmat udostępnionych  utworów. To co bardzo lubię, to kolaborujący ze sobą muzycy. Mark Lanegan zaprosił obrotnego Josha Homme’a
  (Lanegan, Iggy Pop, Lady Gaga…  Kiedy  kolej na QOTSA?!), Grega Duli (Afghan Whigs) i Duka Garwooda (polecam w szczególności ostatnia płytę Garden of Ashes).
Przyznam, że nie byłem rozentuzjowany na wieść o premierze nowej płyty. Wszystko przez Phantom Radio i Blues Funeral. Nie podeszły mi one w ogóle. Wymazałem je ze świadomości. Dziś odkrywam je na nowo razem z Nocturne i Beehive. Myślę sobie: Koleś tworzy z wyprzedzeniem. Usprawiedliwiam w ten sposób swoją głupotę i niedojrzałość. Czuję, że właśnie dojrzałem zrzucając skórę naiwnego ortodoksa, że The Winding Sheet to ta jedyna. Porzuciłem nostalgiczne smutki ku pamięci Screaming Trees. Lanegan zmienił coś we mnie. Sprawił, że przyszłość wcale nie maluje się tak strasznie (przynajmniej ta muzyczna). W Nocturne i Beehive słychać wpływy z przeszłości. Brudne gitary wyjęte z grungowej przeszłości, krautowe pejzaże mieszają się z nerwowością i odprężającą przestrzennością. Taki koktajl emocji bardzo pozytywnie nastraja na przyszłość.
Czekając na gargulca poznaję od nowa Marka Lanegana!  



piątek, 29 kwietnia 2016

PJ Harvey : The Hope Six Demolition Project


PJ Harvey stanowczo wyraża swoje stanowisko wobec niesprawiedliwości społecznych, nie będąc przy tym karykaturą samej siebie. Ważne, że nie ociera się o hipokryzję, co dotyczy wielu artystów opowiadających się za sprawiedliwością oraz pokojem na świecie.

PJ Harvey 
Dawno temu, wertując dzienniki Kurta Cobaina trafiłem na listę z jego ulubionymi albumami, znalazło się tam Dry. Surowość jaką emanuje pierwsza płyta PJ, zawładnęła na dobre moje serce i ukształtowała fascynacje muzyczne. Nie ukrywam, że Dry i nagrane z Albinim - jeszcze surowsze - Rid of Me mają miejsce honorowe w mojej płytotece. Późniejsze dokonania artystki są mi mniej lub bardziej znane. Warto wspomnieć o jej współpracy z takimi artystami, jak Tom York czy Nick Cave.

The Hope Six Demolition Project rodziło się bardzo długo choć zostało nagrane w tym roku. Jedną z ciekawostek jest niekonwencjonalne podejście do sesji nagraniowych. Na własne oczy można było być świadkiem rejestrowania w Londynie najnowszej płyty PJ. Mnie jednak z całej tej magicznej otoczki urzekło jej podejście do zawartości swojej muzyki. Artystka odwiedziła Afganistan, Kosowo i Washington. Życie tych miejsc wypełnione po brzegi społeczną niesprawiedliwością, przecedzone przez filtr pisarski PJ zaowocowało jej tomikiem poezji, który najpewniej jest częścią The Hope Six Demolition Project.   „Kiedy piszę piosenkę, wizualizuję sobie cały obraz. Widzę kolory, porę dnia, nastrój, zauważam zmianę świaatła, poruszające się cienie, wszystko w jednym obrazku. Zbieranie informacji z drugiej ręki, nie było tym, o czym chciałam pisać. Chciałam poczuć powietrze, glebę i spotkać ludzi z krajów, którymi byłam zafascynowana” – mówi artystka.


Album w swoim brzmieniu nie ma prawa być oczywisty ani wyrazisty. Gitara osadzona jest w towarzystwie dęciaków, czasami gitary elktrycznej oraz masą innych instrumentów. Wokalowi towarzyszą liczne chórki wyjęte rodem z gospel, dające się wyłapać w The Comunity of Hope. Muzykalnie utwory mają amerykański charakter.  Znajduje się tu miejsce nawet na bluesa wyczuwalnego w Chain of Keys i The Ministry of Social Affairs. A Line in the Sand jest największym zaskoczeniem ze względu na to, że brzmi jak połączenie folku z indie popem. Największy urok w tym utworze, wywołuje klarnet barytonowy rzucający swój cień na całość. 
Ta płyta jest niesamowitym przykładem, jak powinny wyglądać piosenki mające nieco więcej instrumentarium. Ilość tego wszystkiego nie przytłacza w następstwie nie doszukamy się zbędnych dźwięków. Najlepszą cechą tej płyty jest łagodność a wydobywające się dźwięki z instrumentów łączą się w jedność oblewając piosenki złudzeniem, o ich absurdalnie prostej konstrukcji i melodii. Odczuwalny liryczny klimat odziany jest w swego rodzaju zadziorność. Z intonacjI artystki wybrzmiewa mnóstwo nadziei, bólu i protestu. Ukoronowaniem tego wszystkiego jest Dollar, Dollar. The Orange Monkey jest tą piosenką, którą po przesłuchaniu płyty słucham jeszcze raz. Szczerze nie mam pojęcia dlaczego akurat ona, ale urzekła mnie swoją zwiewnością, baśniowością i dającym się wyczuć protestem wypływającym z charakteru całej płyty i jej treści. 

czwartek, 4 lutego 2016

Kurt Cobain - idol kakofonistów? - O tym co się słuchało, a nie co pozornie wygrało!








Nirvana – największy zespół ostatnich trzydziestu lat. Śmiem twierdzić, że za dziesięć lat i więcej, nadal będzie to największy zespół ostatnich dekad. Wśród dzisiejszej papki jaką funduje nam show biznes nie ma mowy na takie zjawisko jak Nirvana. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Dzisiaj, to artysta musi się dostosować do rynku i stać się produktem, aby grać koncerty na pełnych stadionach. Są oczywiście wyjątki będące kreatorami rynku. Są nimi szczęściarze i czołowe postacie muzyki, które zrobiły karierę przed światowym komercjalizmem.  Drugim powodem jest stała rotacja zrzucająca z piedestału „gwiazdy” zastępowane nowymi i „świeżymi” twarzami powielając schemat poprzedników.

Kurt Cobain to mój ulubieniec a Nirvana i jej muzyka uderza prosto w serce, umysł i wypełnia każdy fragment mojego ciała. Twórczość Cobaina jest czymś co sam bym chciał stworzyć i co uwielbiam słuchać. Melodyjność i lekkość, połączona z brudnym ołowianym brzmieniem i krzykiem uderza prosto w mój gust. Do tego dochodzi wrażliwość, charyzma jaką emanuje sam Cobain i jego muzyka, z którą się utożsamiam. Ikonie grunge poświęciłem pół swojego życia, ucząc się jego piosenek, czytając teksty poświęcone każdej cząstce jego życia, oglądając koncerty i filmy. Swoją fanowską obsesję postanowiłem wykorzystać do napisania pracy naukowej wymaganej do ukończenia studiów. Mój wybór zakończył się szczegółowym analizowaniem wszystkiego co dotyczyło Cobaina. Wertowanie książek po nocach, przemierzanie internetowej otchłani w celu zebrania materiałów na moją pracę dyplomową. Towarzyszyło temu wszystkiemu ogromne podniecenie, natomiast wieść o nadchodzącym, autoryzowanym dokumencie o artyście, w którym mają się pojawić niepublikowane wcześniej materiały z prywatnego archiwum muzyka i jego rodziny spotęgowały moją euforię.
   
Cobain: Montage of Heck to poruszający obraz muzyka. Jest to podróż przez życie artysty od etapu dzieciństwa poprzez okres dojrzewania, do momentu aż stał się ikoną lat dziewięćdziesiątych. Oglądając film w jakiś sposób doświadczamy wrażliwości jaką emanował Cobain, o której wszyscy wspominali. Oglądając ten film rodzi się w widzu przekonanie, że tak wrażliwa osoba, świadoma swojej odmienności nie jest gotowa na sławę. Dokument jest bardzo przystępny ze względu na brak wypowiedzi mnóstwa osób a jedynie tych, które przyszły by na jego pogrzeb, nawet jakby był tylko sprzedawcą w sklepie. Wypowiedzi tych pięciu najbliższych osób przeplatają się z animacjami 
holenderskiego artysty łącząc się w niesamowicie spójny obrazek z narracjami Cobaina i jego muzyką pochodzącą z prywatnego archiwum. Ponadto ciekawym zabiegiem było ożywienie graficznych dzieł muzyka i jego licznych kolaży. W Montage of Heck widzimy różne oblicza artysty. Występuje Cobain zakochany i szczęśliwy, znudzony i zdołowany, ruchliwy i wykończony. Jedyną wadą filmu jest to, że dla kogoś kto przeczytał choćby jedną książkę o Nirvanie, Montage of Heck nie wniesie nic nowego. Film zainicjowany został przez córkę muzyka i ugruntował, to co możemy wyczytać w dostępnych wydawnictwach, pomijając oczywiście te wymierzone przeciwko Courtney Love.

Z okazji pojawienia się filmu na półkach sklepowych pojawiła się również płyta Kurt Cobain: Montage of Heck The Home Recordings sugerując, że jest to solowa płyta muzyka jak i soundtruck do filmu. Dla fanów artysty to pozycja niezwykle wyjątkowa. Dla zwykłych zjadaczy chleba kakofonia i śmieć. Sama płyta nie zanotowała wysokich sprzedaży i pochlebnych recenzji. Strona będąca przeciw wypowiada się za Cobaina mówiąc, że sam Kurt nie chciałby udostępniać takich nagrań. Ja głosu w tej sprawie nie zabiorę, bo nie mam takiego prawa. Dodam jedynie, że niektórzy zbytnio poczuwają się do bronienia jego nonkonformizmu, będącego jedynie połową postawy wypełnionej także konformizmem.


The Home Recordings to pozycja, jak wspomniałem dla wielkich fanów mających możliwość dzięki temu wydawnictwu poczuć więź z artystą, mając jednocześnie wrażenie, że dzieli się razem z nami swoją intymnością. Jak dla mnie jest to portal przenoszący do głowy Cobaina i jego pokoju lub mieszkania w Olympii. Niektóre pozycje na płycie dowodzą zamiłowania muzyka do rejestrowania kolaży i eksperymentów dźwiękowych stanowiących coś w rodzaju dzienników jakie prowadził Cobain lecz w formie dźwiękowej. Są to nagrania słabej jakości zarejestrowane „kaseciakiem” w domowych warunkach, więc jeżeli ktoś oczekuje od tej płyty pięknych i skończonych piosenek, lepiej niech zostanie przy Nevermind i zapętla sobie Polly. Podsumowując są tam covery, szkice szkiców utworów i przearanżowane kawałki takie, jak Do Re Mi czy Sappy, które w moich domysłach miały zająć jakieś miejsce na solowej płycie Cobaina albo przynajmniej pokazują jaki mniej więcej miałaby kształt.










wtorek, 6 października 2015

"Kurt Cobain. Montage of Heck: The Home Recordings" - Premiera singla.


           W sieci pojawił się singiel  promujący ścieżkę dźwiękową do filmu Kurt Cobain: Monatge of Heck. Premierę albumu wyznaczono na 13 listopada a promuje go Sappy.  
            
           Singiel promujący Kurt Cobain: Montage of Heck Home Recording, to melncholijna ballada odziana w delikatną barwę brzmienia gitary oraz bardzo smutny wokal. Nie ma tu złości, krzyku i rzężenia gitar. Słychać ból, znudzenie i niechęć do wszystkiego. Czyli to, co ma porządnie skacowany człowiek. Melodia utworu idealnie komponuje się do szarych, jesiennych dni zwabiając nas w czarną odchłań rozpaczy i użalania się nad sobą. Bez żadnych kompleksów taka forma Sappy mogłaby się znaleźć choćby na In Utero. Pasowałaby z pewnością do klimatu ostatniego studyjnego dzieła Nirvany.
          
           Sappy można było usłyszeć przy okazji wydania składanki Sliver, na której znajdują się domowe nagrania twórczości muzyka oraz dema. Piosenka brzmi bardziej rasowo w kontekście grunge. Brzmienie gitar jest charakterystczne dla Nirvany. Melodyjność odziana w ołów i poszarpane solówki uzupełniają się z zachrypniętym niemal krzyczącym wokalem lidera Nirvany.