Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nick Cave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nick Cave. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 kwietnia 2017

Nick Cave - One More Time with Feeling




One More Time with Feeling jest jednym z tych filmów, który po obejrzeniu dręczy. Człowiek jeszcze długo po myśli o tym, co zostało opowiedziane.  Nawet podczas snu temat nie odpuszcza. Film wcześniej ze dwa dni gościł na ekranach kin w Polsce. Niestety, mi nie udało się pojawić w kinie na kejwie, dlatego emisja filmu na HBO była ostatnią deską ratunku. Skorzystałem i teraz mój ból wynikający z absencji na tym majstersztyku zwielokrotnił się do nieskończoności! Od teraz obiecuje sobie, że wszystkie premiery muzyczne spędzam w kinowym fotelu.

W związku ze śmiercią jednego z synów, Cave chciał uniknąć kontaktu z mediami, jaki obowiązuje przy promocji nowej płyty. Nikt, kto ma serce i nie przelicza swoich przeżyć na pieniądze, nie chce opowiadać o traumie obcym ludziom rozdrapując swoje rany setki razy. Okej muzyk opowiada o tym,  co się zdarzyło poprzez Skeleton Tree i w filmie dokumentującym proces nagrywania ostatniej płyty. 

W filmie widzimy artystę, który jest gdzie indziej. Ciałem i duchem odlatuje. Otoczenie wydaje się dla niego mało istotne. Dość szczególnym momentem jest scena, w której próbuje nagrać wokal do jednego z utworów, jednak nie jest w stanie odtworzyć akordów. Ucieleśniła się bezradność,  zasłyszana na Skeleton Tree. Okazuje się ze cichym bohaterem jest Warren pracujący przy efektach, syntezatorach, kierujący zespołem, będący łącznikiem Cave’a z całą reszta ludzi w studio. To on wspierał muzyka, ale tez nie naciskał. Wykazał się ogromnym ojcostwem nad tym projektem.  

Oprawa wizualna dopełnia dobitny odbiór filmu. Dynamiczne ujęcia podczas nagrywania utworów, sprawiają wrażenie jakbyśmy widzieli świat oczami ducha. Recytacje wierszy do przepięknych widoków nadmorskiej miejscowości zanurzają widza w wyjątkowej aurze przez co w skupieniu umysł opuszcza ciało. Reżysersko i wizualnie film jest majstersztykiem. W dodatku czarno- biały obraz jest genialnym posunięciem. Sprawia że to co mówi Nick Cave, jego żona, syn, czy Warren dociera do widza bezpośrednio i dobitnie. Z reszta nie wyobrażam sobie tego filmu w kolorze. Kreuje grobową i wymowna żałobę.

Film jest obowiązkowa pozycja dla fana muzyka, to na pewno. Myślę, że nawet przeciętny Kowalski by się wciągnął, bo ten obraz, to nie tylko komentarz dla świata ale opowieść o traumie, o tęsknocie, o tym że coś od zawsze wisi w powietrzu. Jest to film, który w trakcie napisów końcowych kontynuuje paraliż. Podpowiedz. Ostatnia piosenka (pierwsza w trakcie napisów) mówi wszystko. Ciężko cokolwiek pisać, komentować dzieło z taką wymową, bo jakiekolwiek  wnioski wysunęłoby się, brzmią w świetle przekazu banalnie. Komentarz i analizy są tu zbędne. 

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Lamentowe podsumowanie

LAMENTOWE PODSUMOWANIE ROKU




Piątka odpowiadająca za doświadczenia najbardziej wryte w psychikę, choć nie koniecznie uchodzą za jedyne Top 5 tego roku. Na horyzoncie wielkie nadzieje i radości, smutki i przykrości. Płyt wydanych w zeszłym roku, takich, do których będzie się wracało całe życie na szczęście pojawiło się sporo.   




Chyba trzeba trochę zwolnić i nabrać dystansu. Jako dzisiejszy dwudziestoparolatek po studiach, dających w naszej rzeczywistości materialnie nic, jestem wykończony zdobywaniem wszystkiego i niemocą zmiany tego, co jest poukładane. To wielkie nic, dające poczucie beznadziejności, zagubienia się w świecie i porażenia kulturowego jakiego doznałem wkraczając w dorosłość. Ten porządek zrobili rodzice i dziadkowie, którzy mieli co zmieniać i jak. Mam na myśli nie tylko swoich, ale wszystkich rodziców – dzisiejszych 40 –sto, 50 –cio i 60 – cio latków. Jestem skazany żyć w tym co wykreowali, aby przeżyć. Stworzyli sobie raj – widzę to. Samochody, satysfakcjonująca praca, dzieci po studiach, dom. Nie mam nic z tego, co oni zaczynali budować w naszym wieku. Tak, już słyszę kpiące głosy wieszczące, że milenialsom w zamian za ich wymyśloną wyjątkowość należy się wymarzona praca, uwaga wszystkich i dobra XXI wieku. Cały zeszły rok doprowadził mnie do totalnej bezradności, wstydu i wołania… Brak pomysłu, na to co dalej. Coraz głośniejszy krzyk z tyłu głowy „Witamy w świecie dorosłych!” przerodziło się w brak ambicji, zanik kreatywności i odtrącenie marzeń. Umysł zaczęła zalewać tęsknota za beztroską i wymazaniem obecnego obrazu świata. Pewnego dnia ból, strach, tęsknota przybierają swój rozmiar do wielkości wszechświata blokując możliwość wyrażenia tego, z czym nie możemy się pogodzić. Zamiast eksplodować stałem się czymś zawieszonym w tym zgiełku. W tym podsumowaniu i akapicie znajdzie się Skeleton Tree. To wystarczy.



Bycie „cool” jest niezwykle trudne. Przeważnie ludźmi zajebistymi są Ci, którzy nie zastanawiają się nad odbieraniem ich przez otoczenie. Robią swoje mając wyjebane, ale z klasą. Tworzą coś, co obecnie nie jest zauważane na ogromną skale, jednak wiadome jest, że to co pokazują, przekazują, kreują przetrwa i przeżyje niejedną młodość niczym w przypadku Roberta Johnsona, który doczekał się chwały 60 lat po zakończeniu swojego krótkiego żywota. Ogłoszono go królem gitary bluesowej. I tak to zwykle po śmierci jest. Ktoś kogoś ogłasza królem czegoś. Są wyjątki i są artyści będący jedną z twarzy ludzkości już za życia. Kimś kogo by się pokazało przybyszowi z innej planety. Osoby, którymi się chwalimy, że lubimy, słuchamy, znamy, są cool nieświadomie.
Takie po prostu są i przyszedł na nich czas. Są zagubione i ciągle poszukują, nadając kierunek zajebistości, bo są w tym szukaniu genialni.
Stwierdzenie, że coś jest cool jest względne. Każdy ma swój ideał, swoją estetykę, swój świat. W moim świecie wiele osób jest cool, są to przeważnie artyści.
Jako, że jest to moje podsumowanie zeszłego roku miano najbardziej cool zdobywa The Kills. Połączenie garażowego brzmienia z elegancką elektroniką daje efekt o jakim może wielu pomarzyć. Pomieszanie dzikości z opanowaniem. Nonszalancji z precyzją. Przeciwieństwa połączone w spójny twór, dając przepis na odświeżenie muzyki, gdzie gitara gra pierwsze skrzypce. Jeżeli miałbym powiedzieć jako dziennikarz muzyczny w jakim kierunku powinien iść powiedzmy rock (brzmi to sztampowo) to właśnie ten, który obrało The Kills na Ash & Ice. Alison i Jamie są ucieleśnieniem klasy, szaleństwa i zajebistości. Nie ma nikogo bardziej cool niż oni.  




Często myślę o śmierci. Powody do szczęścia mam, po prostu cierpię na ból istnienia. To jest uczucie w rodzaju niepogodzenia się z zasadami panującymi w życiu, jednocześnie poddając się tym zasadom, ponieważ będąc nonkonformistą według własnego uznania nie przeżyłbym chyba dnia. Czarna gwiazda. Potulny, jak baranek brnę więc w to bawienie się w życie, bo wyjścia chyba nie mam. Są Ci których kocham i nie chcę stracić… To ważniejsze… Pomaga muzyka… Sztuka… Tworzenie i pisanie, do którego często się zmuszam przez „weltszmerc”. Czuję, że stanie się tu kameralnie i intymnie a ja obnażę się przed Tobą. Moją pierwszą intymną myślą, której się wstydzę, to myśl o swojej śmierci. Stworzenia z niej czegoś więcej niż tylko śmierci. Stworzenia historii o treści równej a nawet lepszej niż życie. Znaczy nie! Już się nie wstydzę! Ktoś kto umarł w tym roku, uświadomił mi, że każdy, gdyby tylko miał możliwość, zaplanowałby swoją śmierć i całą otoczkę towarzyszącą odejściu z tego świata. Nawet wybranie ulubionej piosenki na pogrzebie, ubrań czy pisanie listu pożegnalnego to planowanie śmierci. Bowie za życia zmieniał świat z każdą płytą. Z tą ostatnią pokazał, że w sposób artystyczny można z godnością się z nią pogodzić. Pogodzić nie oznacza w tym kontekście przegrać, być słabym. Pogodzić czyli spojrzeć jej w oczy i żyć z nią. Podać jej rękę i przedstawić się, tak jak to zrobił Bowie. Powiedział: „Cześć, jestem David Bowie. Moja śmierć będzie moją sztuką, nie twoją.”. Zdecydowanie Blackstar to nie płyta zeszłego roku. Ta płyta będzie ważna do końca świata, nie tylko ze względu na geniusz artystyczny naszego kosmity ale na jej wymowę i jak wiele warstw ma, jak dużo jeszcze jest do odkrycia w niej. W tych słowach, w tej muzyce. Jak słucham Blackstar to mam wrażenie, że właśnie tam kryje się tajemnica życia, śmierci i wszechświata. Jak gdyby Bowie znał odpowiedź na pytania czysto egzystencjonalne.



Często sobie powtarzałem, że starość to stawanie się niedołężnym i robienie z siebie karykatury zwłaszcza jeżeli chodzi o gwiazdy muzyki. Ikony muzyki rozrywkowej nadające kurs muzyce, obyczajom i takim ludziom jak ja, powinny umierać młodo, nie starzeć się, a jak już, to usuwać się w cień. Dla nas młodych starość jest mało atrakcyjna. Kpimy z dziadów czujących się na dwudziestkę w towarzystwie dziewczyn szczupłych, z długimi nogami, ogólnie super ładnymi. Dziewczyny lubią dojrzałych facetów. Tacy są starzy. Młody dojrzały jest nudny… Mimo to i tak do pewnego momentu bałem się starości i tych głupich zachowań starych, kreujących się na witalnych i nienadgryzionych przez ząb czasu nadludzi. Okej, wiem ze sceny ciężko zejść, nawet jak nie ma się nic do powiedzenia a kasa się kończy, bo trzeba utrzymać dzieci ze swoich piętnastu małżeństw itd. Ledwo stoją, ale grać grają, to samo co dwadzieścia lat temu a nawet pięćdziesiąt. Chyba rozwodziłem się o tej starości już rok temu więc do rzeczy. Iggy Pop, facet dogadał się z trójką zdolnych młodych i czujących klimat. Wiedzieli jak wydobyć z Iggiego to co starość przykryła. Mam wrażenie, że Pop nagrywając PPD przeżył drugą młodość a starość niekoniecznie musi wyglądać karykaturalnie. Można być naprawdę spoko zajebistym jak Iggy, zaakceptować starość, zmarszczki i fakt, że ludzi obrzydzasz występując bez koszulki a następnie dobrać muzyków, którzy są nadzieją muzyki gitarowej naszych czasów i nagrać coś co się może równać z najlepszą płytą legendą. Kiedy go słyszę na tej płycie to nie chce być jak Homme – młody, zdolny tylko stary, z podwójną młodością i zajebistą aurą którą młodość nie zastąpi. Ta płyta czyni mnie odważniejszym przed obliczem czasu, bo wiem jaki chce być na starość.



Zeszły rok był naprawdę pokręcony. Albo zacząłem się bardziej interesować, albo informacje skuteczniej przebijają się przez mur mojej ignorancji. Sytuacja w Europie, na bliskim wschodzie staje się dla mnie niezrozumiała. Konflikty powstające w imię miłości, wiary, pokoju i jedności niosą ze sobą niezliczone ilości niepotrzebnych ofiar. Idee, które tak naprawdę zaprzeczają temu co się dzieje rozpalają wszystkie niesprawiedliwości społeczne i to przez nie mamy obraz ludzi uciekających przed wojną, biedą, chowających się w swoich domach, nie czujących się bezpiecznie, tam gdzie przeżyli do tej pory swoje życie. Wszystkie działania w imię religii, pokoju i dobrobytu obywateli walczących państw prowokują mnie do wyjałowionych pytań. Leżę z słuchawkami na uszach patrząc w sufit i wyobrażam sobie, że na ulicę wybiegają żołnierze, terroryści czy cokolwiek. Nagle dom, twoja ulica, miasto, kraj nie jest taki bezpieczny jak by się wydawał. Dezorientacja, niepokój, troska o życie Twoje i bliskich upodabniają mnie w tej wizji do cielaka zaganianego do zagrody. Przerażonego, tęskniącego za matką i bezsilnego wobec swojego oprawcy. Często kreuje sobie takie sytuacje w głowie i zastanawiam się co bym zrobił w obliczu takiego ataku. Nigdy nie jestem w stanie jasno odpowiedzieć co bym zrobił wydaje mi się to takie nierealne… A jednak. Dzieci, kobiety, młodzi mężczyźni i starzy na całym świecie muszą się mierzyć z wojną, niesprawiedliwością społeczną, biedą i głodem coś co trzeba chyba zobaczyć na własne oczy albo samemu przeżyć, żeby zrozumieć, jak wiele się ma mogąc spokojnie wyjść z domu. Tak proste rzeczy zrozumiałem, choć na pewno nie w stu procentach, po wysłuchaniu The Hope Six Demolition. Zaangażowanie Pj Harvey w treść tego albumu, niesie za sobą idee tego, by artysta pisał o tym to co zobaczy, by pisał o prawdzie niczym dziennikarz. Ta płyta jest dla mnie muzycznym reportażem a PJ uwierzę we wszystko. Prawdziwość tej płyty dokonała we mnie wewnętrznej zmiany i choć trochę pokazała mi pewien skrawek świata i rzeczywistości, który dotąd był pomijany właśnie przez moją ignorancje i maniakalny egoizm. Do tego warstwa muzyczna jakiej w życiu nie słyszałem zwala mnie z nóg. Te dęciaki, akcenty wyszarpane niczym z gospel albo bluesa, klaskanie i te chóry…





W tym roku pokładam wielkie nadzieje, specjalnie na tę okazje kupiłem sobie kalendarz książkowy. Niezwykły i piękny, do tego związany z muzyką. Zapisuje w nim plany i postanowienia a te są szczególnie ambitne. Mam nadzieję, że w tym  będę bardziej zdeterminowany. Misja bloga gdzieś się zatraciła. Nikt nie chce czytać chyba wysranych i specjalistycznych recenzji, więc będzie inaczej… Wspomniany kalendarz jest złoty w kościotrupy, wewnątrz czaszki, demony, wielowarstwowe pejzaże rozpościerające się na brodzie prawdopodobnie wikinga. Ozdobiony jest w ilustracje Zbigniewa Bielaka współpracującego z Gohst, Myhem. Ogólnie człowiek ilustrujący black metal i wszystko co jest do tego podobne. Chłop ma niezwykły talent a kalendarz dał mi dużo radości. Ja mam 94 egzemplarz a nakład liczy 500 sztuk więc warto chociaż sprawdzić i się zastanowić nad takim pięknym nabytkiem. 

zbigniewbielak.bigcartel.com

sobota, 17 września 2016

Nick Cave & The Bad Seeds - Skeleton Tree




Skeleton Tree bronić nie trzeba. Opisywanie kontekstu i okoliczności powstania najnowszego dzieła Nicka Cave and The Bad Seeds jest zbędne. Za sprawą niedopowiedzeń wywołanych niemocą twórczą artysty, intryguje i zastanawia

„W trakcie zaawansowanych prac nad Skeleton Tree, świat odbiegła informacja o śmierci piętnastoletniego syna Nicka Cave’a.”

W trakcie zaawansowanych prac nad Skeleton Tree, świat odbiegła informacja o śmierci piętnastoletniego syna Nicka Cave’a. Od tamtego czasu, ani razu nie wystąpił publicznie, aż do wyemitowanego jednorazowo w kinach, filmu One More Time with Feeling. Obraz przedstawia proces rejestrowania materiału na płytę.  Ponadto, jest też komentarzem tego co spotkało artystę. Odpowiada na pytanie, jak żyć z traumą wywołaną utratą bliskiej osoby. Film jest rodzajem listu do słuchaczy i jedyną formą  „promocji” mającą zastąpić koncerty, wywiady czy oświadczenia.




„Dająca się wyczuć w głosie muzyka, bezradność i próba pogodzenia się z losem zlewa się z drone’owymi grzmotami nastrajając i przygotowując na charakter pozostałych utworów.”

Najnowsze wydawnictwo Nicka Cave i zespołu The Bad Seeds otwiera singlowe Jesus Alone, z tekstem ledwo wyśpiewanym, czy momentami po prostu wyrecytowanym. Dająca się wyczuć w głosie muzyka, bezradność i próba pogodzenia z losem zlewa się z dronowymi grzmotami   w nie tyle co mroczny, a smutny twór .   W podobnym tonie jest Magneto. Ambientowe plamy dronów przeplatają się z wprowadzającym w trans wibrafonem, a do tego co kilka taktów pobudza nas gitara akustyczna.
Anthrocene jest kontynuacją tego co usłyszymy w Magneto jednak, tutaj dopadają swingujące uderzenia bębnów, nadające nieco jazzowego charakteru.

„Melorecytacja Cave’a jest genialnym posunięciem. Może to efekt rezygnacji z jakiejkolwiek ekspresji i niemocy twórczej jaka dopadła artystę podczas tworzenia płyty.”


Pozostałe utwory wyzbywają się chropowatego brzmienia na rzecz melodyjności wyjętego rodem z lat ’80 czego przykładem jest Rings of Saturn. Wykorzystany Wurlitzer nadaje całego balladowego charakteru i choć utwór wydaje się być lekki, to ładunek jaki niesie ze sobą jest olbrzymi. Melorecytacja Cave’a jest genialnym posunięciem. Może to być efektem rezygnacji z jakiejkolwiek ekspresji i niemocy twórczej jaka dopadła artystę podczas tworzenia tej płyty.
Girl in Amber daje niesamowite wrażenie zrozumienia tego człowieka. Słychać jak Cave z każdą zwrotką rozpada się na kawałki załamując swój głos. Leci równią pochyłą w dół emocjonalnej czarnej przepaści. Akompaniament wibrafonu i wurlitzera nadaje pozaziemskiego tonu, kreując w głowie obraz przestrzeni, w której znajduje się ludzka energia pozbawiona ciała. Utwór niesamowicie działa na wyobraźnie. Dla mnie to najbardziej wiarygodny i prawdziwy kawałek jaki kiedykolwiek słyszałem.
Twór zrodzony z boleści duszy artysty ma potencjał „popowo-piosenkowy”, a I need You jest tego dowodem. Jest tak zaaranżowany, że w żadnym stopniu piosenkowość nie drażni ani a wręcz udowadnia, że Cave jest muzykiem kompletnym i potrafi tworzyć wspaniałe ballady wyciskające łzy. W Distant Sky po raz kolejny wysyłani jesteśmy gdzieś gdzie ludzka energia krąży we wszechświecie.

"…Cave’owi zabrakło siły artystycznej.”

Skeleton Tree jawi się jako twór podyktowany pod stan emocjonalny Cava. Stąd też towarzysząca mi myśl, że ten album jest niedokończony. Obecne są niedopowiedzenia, Cave czasami mija się z muzyką, a wydanie leżące na półkach sklepowych tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Cave’owi zabrakło siły artystycznej. To jaki ostatecznie ma kształt ten twór, nie jest jego wadą a największym plusem. Niekoniecznie swoją frustracje, ból, czy coś co nas gryzie musimy wyrazić krzykiem, płaczem czy banalnym smutkiem. Czasami więcej wyraża cisza. Ciszą, którą dla mnie jest Skeleton Tree. 


piątek, 29 kwietnia 2016

PJ Harvey : The Hope Six Demolition Project


PJ Harvey stanowczo wyraża swoje stanowisko wobec niesprawiedliwości społecznych, nie będąc przy tym karykaturą samej siebie. Ważne, że nie ociera się o hipokryzję, co dotyczy wielu artystów opowiadających się za sprawiedliwością oraz pokojem na świecie.

PJ Harvey 
Dawno temu, wertując dzienniki Kurta Cobaina trafiłem na listę z jego ulubionymi albumami, znalazło się tam Dry. Surowość jaką emanuje pierwsza płyta PJ, zawładnęła na dobre moje serce i ukształtowała fascynacje muzyczne. Nie ukrywam, że Dry i nagrane z Albinim - jeszcze surowsze - Rid of Me mają miejsce honorowe w mojej płytotece. Późniejsze dokonania artystki są mi mniej lub bardziej znane. Warto wspomnieć o jej współpracy z takimi artystami, jak Tom York czy Nick Cave.

The Hope Six Demolition Project rodziło się bardzo długo choć zostało nagrane w tym roku. Jedną z ciekawostek jest niekonwencjonalne podejście do sesji nagraniowych. Na własne oczy można było być świadkiem rejestrowania w Londynie najnowszej płyty PJ. Mnie jednak z całej tej magicznej otoczki urzekło jej podejście do zawartości swojej muzyki. Artystka odwiedziła Afganistan, Kosowo i Washington. Życie tych miejsc wypełnione po brzegi społeczną niesprawiedliwością, przecedzone przez filtr pisarski PJ zaowocowało jej tomikiem poezji, który najpewniej jest częścią The Hope Six Demolition Project.   „Kiedy piszę piosenkę, wizualizuję sobie cały obraz. Widzę kolory, porę dnia, nastrój, zauważam zmianę świaatła, poruszające się cienie, wszystko w jednym obrazku. Zbieranie informacji z drugiej ręki, nie było tym, o czym chciałam pisać. Chciałam poczuć powietrze, glebę i spotkać ludzi z krajów, którymi byłam zafascynowana” – mówi artystka.


Album w swoim brzmieniu nie ma prawa być oczywisty ani wyrazisty. Gitara osadzona jest w towarzystwie dęciaków, czasami gitary elktrycznej oraz masą innych instrumentów. Wokalowi towarzyszą liczne chórki wyjęte rodem z gospel, dające się wyłapać w The Comunity of Hope. Muzykalnie utwory mają amerykański charakter.  Znajduje się tu miejsce nawet na bluesa wyczuwalnego w Chain of Keys i The Ministry of Social Affairs. A Line in the Sand jest największym zaskoczeniem ze względu na to, że brzmi jak połączenie folku z indie popem. Największy urok w tym utworze, wywołuje klarnet barytonowy rzucający swój cień na całość. 
Ta płyta jest niesamowitym przykładem, jak powinny wyglądać piosenki mające nieco więcej instrumentarium. Ilość tego wszystkiego nie przytłacza w następstwie nie doszukamy się zbędnych dźwięków. Najlepszą cechą tej płyty jest łagodność a wydobywające się dźwięki z instrumentów łączą się w jedność oblewając piosenki złudzeniem, o ich absurdalnie prostej konstrukcji i melodii. Odczuwalny liryczny klimat odziany jest w swego rodzaju zadziorność. Z intonacjI artystki wybrzmiewa mnóstwo nadziei, bólu i protestu. Ukoronowaniem tego wszystkiego jest Dollar, Dollar. The Orange Monkey jest tą piosenką, którą po przesłuchaniu płyty słucham jeszcze raz. Szczerze nie mam pojęcia dlaczego akurat ona, ale urzekła mnie swoją zwiewnością, baśniowością i dającym się wyczuć protestem wypływającym z charakteru całej płyty i jej treści. 

środa, 27 maja 2015

20 000 dzień życia aktem autoironii


Czego boi się Nick Cave? Kim jest według niego Bóg i co jest najważniejsze w pisaniu piosenek? Jak wyglądała jego pierwsza przygoda z laseczkami?  Odpowiedzi znajdziemy w zapisie 20 tysięcznego dnia życia na Ziemi artysty? 
            
20 000 day’s  on Earth wyjątkowo mnie zaskoczył. Spodziewałem się nadmuchanego, owianego kultem, intymnego, mroczno - lirycznego portretu artysty. Filmu, który podkreślałby jego osiągnięcia, uczyniłby go jeszcze większą ikoną niż jest. Byłem pewny wręcz, że jak to w większości przypadków filmów o samym sobie będą gloryfikujące bohatera, wypowiedzi członków The Bad Seed’s, rodziny, przyjaciół i członków przemysłu muzycznego. I rzeczywiście, tak jest z tą różnicą, że wokalista żartuje sam z siebie i brak tu opisywania Cave’a przez osoby trzecie. Film jest ironizującą wypowiedzią Nick’a na swój temat, a jego postać balansuje pomiędzy narcyzmem, w który każda gwiazda z czasem obrasta, a refleksją na temat siebie samego.                                          

Pojawiające się tajemnicze archiwum, gdzie trzymane są wszystkie archiwalne nagrania i niepotrzebne graty muzyka, nad którymi piecze sprawują wpatrzeni w niego archiwiści jest przykładem, że artysta żartuje sam z siebie, swojego narcyzmu, który nie raz wychodził.  Postacie prowadzące zabawne dialogi z Nickiem w trakcie jazdy samochodem, są refleksjami dotyczącymi sławy i tego czy nie staje się karykaturą samego siebie.

W trakcie trwania filmu natykamy się na niecodzienne sceny, gdzie widzimy Nikosia jako spokojnego ojca, spędzającego wieczór ze swoimi dziećmi. Stajemy się świadkami prób z zespołem, przeplatane urywkami koncertów.
            
20 000 dzień na Ziemi pokazuje, że mimo swojej pozycji i kultowości Nick Cave zachowuje zdrowy dystans do siebie, czego wielu dzisiejszym gwiazdom brakuje, a samego Cave’a czyni niezwykłym artystą.

Dla fanów Nicka jest to pozycja obowiązkowa ze względu na to, iż widzimy go w filmie jako ciepłego, zabawnego człowieka, a nie posępnego, mroczno – lirycznego artystę o kultowym statucie.

Kabu Bayn